Wspomnienie ks. Jana Klimkiewicza

In nomie Domini. [Wspomnienie Ks. Jana Klimkiewicza, proboszcza parafii św. Krzyża w Kozienicach o Matce Kazimierze Gruszczyńskiej] [1]
    Kto by chciał mieć żywą ilustrację przypowieści Pana Jezusa o ziarnku gorczycznym, która mówi – „najmniejsze jest ze wszystkiego nasienia, ale kiedy urośnie, większe jest ze wszech jarzyn. Stawa się drzewem tak, iż przychodzą ptacy niebiescy i mieszkają na gałązkach jego (Mt 13,32)”, temu można by było wskazać na posiadłość Sióstr Pielęgnowania Chorych św. Józefa (kościółek, ambulatorium, nowicjat) i rzec: patrz, przypomnij sobie co tu było, a co jest.
            Niegdyś skromna siedziba Andrzeja i Józefy z Chrzanowskich, małżonków Poraj-Gruszczyńskich, z domkiem parterowym przy ulicy Brzóskiej pod N 39. Andrzej Gruszczyński był protokólantem – sekretarzem miejscowego Sądu Pokoju. Z małżeństwa tego urodziło się pięcioro dzieci, a wśród nich Kazimiera Sylwestra Józefa, urodzona 31 grudnia 1848 r. (ochrzczona i do Aktów Stanu Cywilnego zapisana 19 marca 1849 r.) – przyszła Założycielka i aż do śmierci Główna Przełożona Towarzystwa Pielęgnowania Chorych, relative Sióstr Franciszkanek od Cierpiących.
            Od najwcześniejszych dziecięcych lat zamiłowana w pobożności poświęciła się i oddała na wyłączną służbę Bożą. Zagarnięta wcześnie siecią Chrystusową znalazła się w Jego Wielkiej Przystani – porcie – Kościele Chrystusowym. Stała się tu wielkim imieniem. Na wezwanie Pana: „Chodź za Mną”, odpowiedziała bezzwłocznie, czynnie: „Jestem. Przychodzę. Oddaję się”. A nie połowicznie. Zawsze cała we wszystkim co czyniła dla chwały Bożej i dla służby Bożej. Zawsze skupiona, wewnętrzna, nigdy powierzchowna, rozrzucona. Zawsze z Panem i dla Pana. Prawdziwa Służebnica Boża, najgorliwsza Wyznawczyni chwały Pana nad Pany. Umiała być tym bonum, o którym mówi filozofia, że Est diffusivum sui. Umiała też trafić do serc innych iście po apostolsku, jakby pierworodne dziecię Akcji Katolickiej. Łatwo też zrozumiała wyższe posłannictwo, jakie jej wyznaczyła Opatrzność. Zacieśniały się coraz bardziej, coraz mocniej, oczka sieci, które ją zagarniały.
         I stało się wreszcie, że ją zagarnęły tam, gdzie ją chciał mieć Ten, który rzekł do Apostołów, aby w Imię Jego zapuścili sieci. Okoliczności, ludzie, zdarzenia, stawały się znakami torującymi jej drogę do celu. W dobie, kiedy egzystencja zakonów klauzurowych została podcięta przez tyrański rząd moskiewski, kiedy klasztory mając zamknięte nowicjaty skazane zostały na wymarcie, Opatrznościowy Mąż Boży, Ojciec Honorat Koźmiński, Kapucyn, przebywający kolejno w klasztorach w Warszawie (Miodowa), Zakroczymiu i Nowym Mieście nad Pilicą (tu umarł w 1916 r. i tu w podziemiach kościoła pochowany) stał się twórcą w naszej dzielnicy (Królestwie Kongresowym) licznych Zgromadzeń Zakonnych ukrytych wobec świata et coram gubernia.
            Panna Kazimiera Gruszczyńska, wykwalifikowana nauczycielka, zasłyszała o nim, poznała i poddała się jego kierownictwu duchowemu. Wytworny duszpasterz i pisarz dzieł ascetycznych od razu się na niej poznał. Dojrzał pierwszorzędną siłę, osobę kwalifikującą się na siłę kierowniczą. Rzucił ziarno. Verbum caro factum est.
           Matka Kazimiera została Założycielką Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek od Cierpiących a coram gubernio et munda Towarzystwa Pielęgnowania Chorych „Przytulisko”. Główny Dom w Warszawie, Wilcza 7. Znany dobrze dzisiejszemu Ojcu Świętemu[2], przedtem Nuncjuszowi w Warszawie. Powstały kolejno inne domy na prowincji (Kozienice, Wilno, Sanatorium Św. Józefa w Warszawie, Hoża 80, na Kresach Wschodnich Grzybowszczyzna, Otwock, obsługa w szpitalach miejskich vel Sejmikowych, w Warszawie „Królikarnia” [Zakład dla nieuleczalnych] i „Maternité” [dla ubogich matek], szpital w Łodzi, Pabianicach i w Kozienicach).
            Źrenicą zaś jej oka, domem szczególniej umiłowanym, stał się dom w Kozienicach, rodzinnym mieście, gdzie siedzibę po rodzicach w sukcesji sobie przypadłą też na dom zakonny obróciła i Zgromadzeniu przez siebie założonemu przekazała. Gdy domek stary od ulicy stojący coraz bliżej chylił się ku starości i wrastał w ziemię, za jej inicjatywą i staraniem zbudowany został z zapracowanych i zaoszczędzonych przez Zgromadzenie groszy dom nowy w latach 1912–1914. Z zastosowaniem wszechstronnym nowoczesnej techniki i urządzeń (wraz z kanalizacją i centralnym ogrzewaniem), przy domu zaś zgodnie z myślą jej fundatorki zbudowana została lecznica pod nazwą Ambulatorium św. Józefa, która stała się w tym jej rodzinnym zakątku przybytkiem ulgi dla chorych, cierpiących, szczególniej wszelkiej biedoty niemającej środków na leczenie, a tu spieszącej do wykwalifikowanej w Genewie Siostry[3] – doktora, dyplomowanych pielęgniarek i ich własnej apteczki – nowoczesnych Samarytanek, jakby nieustannie zasłuchanych w słowa Ewangelisty św. Mateusza (15,30): „I przychodziły do niego wielkie rzesze, mające ze sobą nieme, ślepe, chrome, ułomne i innych wiele i porzucali je u nóg Jego. I uzdrowił je”.
         Naturalnie, nie brakło w tym domu i domowej kapliczki z ołtarzem i tabernakulum Pana – Pocieszyciela wszystkich pracujących, walczących i cierpiących. Ale i tego wielkiej i gorliwej służebnicy Bożej było za mało. Cała płonąca, jak nigdy niegasnący znicz, pragnieniem czci Bożej, nie wchodziła obojętnie do świątyni, nie patrzyła obojętnie na ołtarze, nie przyjmowała obojętnie Chleba Eucharystycznego. Pragnęła dla Majestatu Bożego choćby największych wspaniałości zawsze w stylu i największej wartości.
            Powzięła też zamiar wybudowania Panu w tym rodzinnym zakątku godniejszej oku świątyni pod wezwaniem Wielkiego Patrona powszechnego Kościoła, jako też i Patrona Zgromadzenia Sióstr – Świętego Józefa. Z tych pragnień powstał najpierw kościół św. Józefa w Warszawie przy Domu Głównym, a następnie w Kozienicach. A jak Opatrzność Boża błogosławiła jej zamiarom i jak przychodziła w pomoc, to powiedzieć by mogła rozwalona twierdza Dęblińska, z której kamienie i cegła oczyszczona z wapna i cementu rękami Sióstr Zgromadzenia przyjeżdżały wagonami do Kozienic, jako tani materiał na budujący się kościółek i główna wykonawczyni jej myśli i planów s. Róża Świątkowska, przełożona domu Kozienickiego. Jak świadczą poprzednie protokoły, założenie fundamentów dokonane zostało dnia 2 października 1922 r., zaś 28 września 1924 r., ku radości Matki Generalnej i całego Zgromadzenia Jego Ekscelencja Pasterz Diecezji Sandomierskiej Marian Ryx, kościółek ten pokonsekrował.
            A jak się przydał nie tylko dla właścicielek Sióstr Franciszkanek, ale dla miasta i okolicy, świadczyć mogą wszystkie nabożeństwa, tak licznie szczególnie przez tutejszą inteligencję uczęszczane. Oczy tu wszystkich porywa nadzwyczajna czystość, wszelkie możliwe decus domus Dei, jak również zawsze świeże kwiaty, w których się Siostry Franciszkanki tradycyjnym obyczajem franciszkańskim szczególniej kochają, a jakich się całe wirydarze, klomby i rabaty dookoła świątyni, jak i całej siedziby wszyscy podziwiają. Dusze zaś podnosi tu i nastraja cześć liturgiczna, ceremonie i obrzędy ściśle przestrzegane, jak również śpiew i muzyka kościelna (fisharmonia) przez siostry uzdolnione nie mniej jak kwiaty pielęgnowane.
            Jakże też ta apostołka rodzinnego miasta radowała się, ilekroć razy z Warszawy do Kozienic na wizytację domu czy odpoczynek przyjechawszy, mogła być na nabożeństwie w tym kościele, słuchać Słowa Bożego, przyjmować Pana w Komunii św., adorować wystawionego na ołtarzu, modlić się wspólnie z siostrami – córkami, z każdego pomnożenia tu chwały Bożej, ceremonii, błogosławieństwa, intronizacji obrazu, czy choćby tylko w Warszawie zasłyszawszy, co w nim było, np. z racji odpustu i jak było. Nawet z oddalenia rada była, że drzwi tej świątyni otwierają się szeroko, jakby jej radosne ramiona na przyjęcie tych, którzy do Pana śpieszą zmęczeni – spracowani czy zbolali, czy rozradowani. A radość tę niejako dzieląca, dziś po śmierci, ze swym umiłowanym Patronem Zgromadzenia i Kościoła, św. Józefem we wspaniałej spiżowej figurze podług Jej życzenia i myśli obok kościoła wystawionym i zda się tak łaskawie i wdzięcznym okiem na przechodzących do kościoła patrzącym, jak łaskawie patrzał z Betlejemskiej stajenki od żłóbka Pana na dobrych pasterzy czy ukoronowanych królów przybywających z darami witać nowo narodzonego Pana.
            Pragnęła jak najsumienniej odpowiedzieć wielkiemu zadaniu swemu, jako Generalnej Przełożonej, więc zamiarom Bożym względem całego Zgromadzenia. Chciała przede wszystkim widzieć egzystencję Zgromadzenia pod względem prawnym uregulowaną i zapewnioną. Zabiegom tym poświęca nieustanne starania. Jeździ osobiście do Rzymu (1888 r.), wysyła siostry. Zyskuje całkowite zaufanie Zwierzchności duchownej. Toteż starania jej odnoszą skutek. Przynoszą na początek List pochwalny, a następnie radosny fakt całkowitej aprobaty Zgromadzenia.
            Ani na chwilę też nie zapomina, czym jest dla Zgromadzenia nowicjat, wychowawstwo młodego zakonnego pokolenia, ten niejako ewangeliczny zaczyn „siedmiorga chleba i dwóch rybek” w rękach Chrystusowych, co się ma mnożyć celem podtrzymywania głodnych rzesz na duszy i na ciele, co ma z roku na rok podejmować zadanie regułą określone siłami i świeżymi z rąk spracowanych, ustałych czy omdlewających starszej generacji, tej najmłodszej „braci”, w której Zakon ma się nieustannie odradzać i trwać. To jak ta nieustanna produkcja zboża na włościach gospodarskich. Rolnik by ją mieć z roku na rok w gatunku wyborowym, musi w swoim czasie dokonywać orki, obróbki, selekcji zboża, siejby i zbioru… Przecież sam Chrystus Pan nie wysyłał w świat apostołów prosto od sieci czy z posterunku celnego. Pierwej wziął na siebie rolę mistrza – pedagoga. Pierwej szkolił ich przy boku swoim, nauczał, nieraz karcił, gorzkie wymówki czynił. Szkolili też młodą brać wszyscy patriarchowie – Założyciele Zakonów.
         Nie spuszczała też z oczu tej sprawy Matka Kazimiera. Na nowicjat miała zawsze zwrócone troskliwe oczy. Pragnęła mieć kadry zakonne dobrze wyćwiczone. Ogarniała troskliwym i umiejętnym okiem Pańskie łany, i wiedziała ile i jakich jej robotnic potrzeba. Wiedziała, z czym trzeba wysyłać te robotnice na trudy żniwne na Pańską niwę. Umiała poznawać dusze niejako w lot, rozeznawać kto przychodzi i z czym przychodzi: z rzetelnym powołaniem, dobrą wolą i ofiarna, z czystą intencją poświęcenia się służbie Bożej i bliźnim, a kto z pobudek innych – przyziemnych, czy sam nie wiedząc po co. Była pedagogiem energicznym, wytrawnym, stanowczym, choć o złotem sercu. Kochała te młodociane latorośle z nowicjatu miłością prawdziwie macierzyńską, nie szczędziła dla nich żadnej troski, żadnego starania, jakby ustawicznie wsłuchana w słowa Pana Jezusa: „Dopuśćcie dziateczkom iść do mnie… I kładąc ręce błogosławił je (Mt 19,14)”.
            A pragnąc, aby wszystkie pupilki wychodziły z tej szkoły zakonnej z jak największym dorobkiem duchowym, jak najlepiej przygotowane do spełnienia czynnego apostolstwa w winnicy Pańskiej, dbała o to, by ugruntowane były, niejako obwałowane wszystkimi mocami w sobie przeciw złemu, by wszystkie te moce i środki odżywcze miały pod dostatkiem – pokarm duchowy i powszedni, by jej najmilsze córeczki nie znały nigdy głodu duchowego ni fizycznego, by im nie brakowało nigdy chleba duchowego, a przede wszystkim Chleba Eucharystycznego, by wzrastały w zdrowiu duchowym, fizycznym w myśl starorzymskiej formuły: Mens sana In corpore Sano.
            Od założenia Zgromadzenia nowicjat był przy Domu Głównym w Warszawie (Wilcza 7). Dom w centralnej dzielnicy wielkiego miasta, gdzie wszystko jest ściśnięte w murowane bloki, powietrza i słońca mało, nie było locum zdrowym dla młodych organizmów. Nieustannie czuwająca nad ich zdrowiem Matka, nie spuszczała tej sprawy z oka. I gdy tylko budowa Kościoła w Kozienicach ukończona została i świątynia poświęcona, postawiła na porządku dziennym sprawę przeniesienia nowicjatu do Kozienic, wybudowania tu odpowiedniego domu. Urządziła naradę z Siostrami radnymi. Stanęła decyzja pozytywna. A pod jej kierownictwem od decyzji do realizacji był zawsze tylko jeden krok. Św. Józef widocznie patronował każdemu takiemu nowemu przedsięwzięciu z miejsca. To też już w dniu 30 maja 1925 r. Ks. Prałat Jan Klimkiewicz, dziekan i proboszcz miejscowy, święcił fundamenty pod nowy dwupiętrowy dom nowicjacki według planów architekta p. Sylwina Konstantego Jakimowicza z Warszawy, byłego Naczelnika Wydziału w Ministerstwie Robót Publicznych, i w przemówieniu życzył, aby według słów rytuału na tym miejscu angeli lucis inhabitent. Budowa znowu w pewnych rękach Siostry Róży – Heleny Świątkowskiej zostająca, szła raźno tak, że we wrześniu 1927 r. była już prawie na ukończeniu.
            Ale niestety, było też już na ukończeniu i co innego, a tak dla Zgromadzenia drogiego i cennego – życie tak zasłużonej i ukochanej Generalnej Przełożonej – Matki Kazimiery. W dniu 26 lipca 1927 r. przyjechała, jak każdego roku z Warszawy do Kozienic, na wakacje. A Bóg zarządził, że miały to być już wakacje jej ostatnie. Siły ją opuszczały. Niedomagania wątroby się zwiększały. Pan odwoływał ją z tej ziemskiej niziny na wyżyny niebieskie – z szarej i nędznej ziemi w jasne błękity nieśmiertelności. Czuła, że trzeba jej opuścić już ten ziemski padół płaczu, prac, trudów i walk, a wejść na szlaki wiekuistej światłości, prowadzące w prostym kierunku do Boga.
            Zdwajano na jej zlecenie usiłowania, aby co najważniejsze sprawy przed zamknięciem jej powiek były uregulowane, budowa ukończona, nowicjat przeniesiony. Ale chora przede wszystkim starała się o uregulowanie jak najdokładniejsze sprawy swego sumienia, choć tę księgę starała się zawsze mieć w należytym porządku, więc codziennie zbliżała się do źródła oczyszczającego, do tej świętej „Sadzawki Siloe”, sakramentu pokuty, kołatała o łaskę Bożą z całym jej bogactwem nadprzyrodzonym, wypełniała serce po brzegi wiarą i miłością Bożą, zawsze pełna oczekiwania i radości na przyjście Pana w Komunii św. A kiedy przychodził, chyliła kornie czoło, pogrążała w głębokiej kontemplacji kładąc dłonie na sercu, do którego Go przyjęła, snać prosząc, aby koił w nim przewiny ludzkie słodyczą swego przebaczenia. Chwytała się niejako skraju szat Jego, aby zdrową była na tę daleką pielgrzymkę do nieba…
            Opieki jej fachowej, medycznej nie brakowało. Przyjeżdżali lekarze z Warszawy. Czuwała swoja siostra – doktor Alfonsa Kulejewska. A już nieodstępną była w dzień i w nocy Siostra Róża – Helena. Gdy przychodziły dolegliwości większe, ataki wątrobiane, ona dokonywała zastrzyków. Była dla chorej dobrym aniołem – opiekunem – piastunem ulgę niosącym. Ale choć mile je widziała i serdeczną wdzięczność okazywała, to więcej jeszcze liczyła na innego anioła piastuna, któremu by zawdzięczała pociechy duchowne, rosę ożywczą dla serca, który by jej duszę naświetlał łaską Bożą i umacniał w nadzieję nieśmiertelności szczęśliwej. Dlatego prosiła Ks. Prałata Klimkiewicza, który był w czasie choroby jej powiernikiem sumienia, spowiadał, codziennie Komunię św. przynosił, aby w domu św. Józefa w ambulatorium nocował, pomagał niejako podnosić oczy wzwyż i szukać Pana, w trwożliwej chwili sumienie jej cucił, z nieba dawał podniety, pomagał do ostatniej chwili życia przeradzać się staremu człowiekowi w nowego In institia et sanctitate veritatis, godnego Królestwa Bożego. A gdy mu wypadło w domu pozostać, to rozpytywała s. Róży o rozkład plebani, czy będzie wiedziała gdzie zastukać, gdyby w nocy prosiła o przyjście z pomocą na godzinę śmierci. Tak, że cały ten czas choroby Matki Kazimiery dałby się przyrównać do owych dziesięciu dni, kiedy to apostołowie zamknięci w wieczerniku w trwodze przed Żydami, trwali na modlitwie w oczekiwaniu przyjścia Ducha Świętego.
            W dniu 28 sierpnia, wieczorem o godzinie 9-tej, chora czując się gorzej poprosiła o ostatnie Olejem św. namaszczenie. A mając na uwadze w tej poważnej chwili i chwałę Bożą, i przyszłość Zgromadzenia i korzyść duchową Sióstr, zleciła, aby wszystkie, tak Kozienickie jak z innych domów przybyłe na wakacje, jak też przybyłe z racji jej choroby Starsze, do łoża swego. Ceremonii dopełnił Ks. Prałat Klimkiewicz, po czym przemówił w następujące słowa (w przybliżeniu): „Najlepiej jest, gdy człowiek zgadza się z zamiarami Bożymi, najszczęśliwszy, gdy pełni się nad nim wola Boża. Tyś się, Czcigodna Matko, przez lat pięćdziesiąt powołania zakonnego.
            I teraz ona się spełnia nad Tobą, bo ta choroba z woli Bożej jest tak samo, jak i ta chwila uroczysta, którą przeżywamy z Tobą, a jaka dla każdego z nas nastąpić musi, bo taką jest wola Boża. Aby tę wolę Bożą spełnić, Pan Jezus umarł na krzyżu, umarła Matka Najświętsza, umarli Święci… Człowiek umierając, nie weźmie nic ze sobą, jedynie dobre uczynki, które istotnie zaważą na jego szali. I Ty, Droga Matko, nie pójdziesz sama do wieczności; pójdą za Tobą dobre czyny Twoje, których najlepszymi świadkami są te Twoje Siostry – Córki, i będą w lata przyszłe te, które do Zgromadzenia przez Ciebie założonego przyjdą i przez ten w budowie będący nowicjat będą przechodziły, i te, które Cię już do wieczności uprzedziły, i da Bóg w niebie będą stanowiły Twój orszak. To wszystko Twoje dzieło, prace i starania. A teraz, Droga Matko, powiedz im, co to za szczęście jest służyć Bogu, z Bogiem i w Bogu umierać. Niech usłyszą z ust Twoich ostatnie testamentowe słowa, wyraz Twej ostatniej troski o Zgromadzenie i Twojej woli”.
            Na co chora odpowiedziała dłuższym przemówieniem do Sióstr, w którym wyraziła cała swoją macierzyńską troskę o Zgromadzenie, jak najlepsza umierająca Matka o dzieci swoje. A jak życiem całym przyświecała im budującym przykładem, tak teraz upominała i starsze i młodsze, aby łaskę powołania zakonnego umiały cenić i zgodnie z nią przez całe życie postępować, dążyć do jak największej doskonałości – świątobliwości, by starsze młodszym były drogowskazami, młodsze starszych nie krytykowały, pamiętały natomiast na ślubowane obok ubóstwa i czystości – posłuszeństwo. Siostry klęczały kornie, łzy do oczu im się cisnęły, brały w serce ten testament swojej Zakonodawczyni, testament woli, dobroci i cnoty.
            Po święcie Matki Boskiej Narodzenia przyjechał w odwiedziny do chorej i Zgromadzenia przyjaciel ich od dawnych lat, Ksiądz Prałat Franciszek Mirecki, Oficjał Kurii Diecezjalnej z Częstochowy. Była niedziela, 11 września, przed Nieszporami. Toczyła się przy łożu chorej rozmowa przyciszona, mająca za przedmiot chwałę Bożą, dobro i przyszłość Zgromadzenia, pożytek bliźnich. W końcu chora skierowała rozmowę na przyszłość nowicjatu, tej rozsadni Zgromadzenia, pożytek bliźnich. Czuła, że nie doczeka już ukończenia nowego nowicjackiego domu i całkowitego przeniesienia tej szkoły zakonnej z Warszawy do Kozienic. Prosiła więc, aby nim zamknie oczy, dom ten został poświęcony w takim stanie, w jakim był w tej chwili (Dekret z Rzymu pozwalający na przeniesienie nowicjatu datowany jest 27 II 1925).
            Życzeniu temu, bez odkładania stało się zadość. Na ceremonię poświęcenia podążyli wprost od łoża chorej: Ks. Prałat Franciszek Mirecki, Ks. Prałat Jan Klimkiewicz, Ks. Jan Zieja, wikariusz Kozienicki i Ks. Franciszek Chlebny, prefekt szkół powszechnych w Kozienicach, i kapelan Sióstr kozienickiego domu, obecne wszystkie Siostry, dnia tego w Kozienicach będące. A chora, nie mogąc osobiście być świadkiem tej ceremonii, chciała przynajmniej przez okno widzieć kapłanów i siostry, idących na dopełnienie tego aktu do nowego domu nowicjackiego. Przeto na jej prośbę usunięto trochę parawanu, a ona uniosła nieco z poduszek schorzałą głowę i patrzyła przez okno, jak cały pochód zdążał do głównego wejścia domu i progi jego przekraczał. Łzy miała w oczach, modlitwę na ustach.
            Tam aktu poświęcenia dokonał Ks. Prałat Jan Klimkiewicz. Po czym przemówił tymi słowy: „Akt poświęcenia tego domu to akt radości i wesela, bo stoi w prostym związku do chwały Bożej i służby Bożej. Mają bowiem w nim przemieszkiwać tylko te dusze, co się poświęcają służbie Bożej. I mają się w niej ćwiczyć i do niej sposobić, przechodzić przez szkołę duchowego życia, czyli nowicjat.
            Ale jednocześnie jest ten akt aktem smutnym, bo Wasza Matka Generalna – Zakonodawczyni i Ofiarodawczyni tego swego rodzinnego miejsca, jest chora i aktowi temu nie może być obecną, jeszcze tam z łoża swego cierpienia myślą się tu z nami łączy.
            Niemniej jednak odgadnąć łatwo, z jakimi Ona by tu uczuciami była i de facto jest obecna myślami swoimi, jak pragnie by każda mieszkanka tych ścian rozumiała, że Bóg i Zakon od niej wymaga gruntownego przygotowania duchowego, urobienia serca, ukształtowania umysłu, charakteru według praw Bożych i zasad ewangelicznych. Ćwiczą się wszak ludzie do każdego rzemiosła, do sztuki, nauki, do każdej pracy ręcznej czy umysłowej. Ale największego bodaj przygotowania trzeba do służby Bożej. Pragnie więc, by każda nowicjuszka, wychodząc stąd i wiążąc się ślubami z Niebieskim Oblubieńcem, mogła mówić słowy Psalmisty Pańskiego: „Biegłam drogą mandatów Twoich, gdyś rozszerzył Serce moje Panie (Ps. CXVIII, 32)”.
            Nie będzie też wolno Wam mieszkankom tego miejsca zapomnieć o sąsiedztwie, w jakim będziecie zostawały. Oto najbliższym Waszym Sąsiadem będzie Pan w kościele. A już ludzie uczciwi, kulturalni, zazwyczaj z sąsiedztwem się liczą: cicho się sprawują, sąsiadom krzywd nawet mimowolnych unikają czynić, a tym bardziej świadomych.
            Niechże ten sposób postępowania i dla Was, młode dusze, będzie obowiązujący w stosunku do tego Waszego Najbliższego Sąsiada.
            Nie wolno też Wam będzie zapominać, jakie to są znaki prawdziwego powołania zakonnego. I na znaki te trzeba będzie Wam uważać tak, jak ludzie uważają na gwiazdy podczas odbywania pośród nocy podróży dalekiej; więc:
I. Coraz silniejszy pociąg do modlitwy i rzeczy Bożych, połączony z tęsknotą za życiem ukrytym i pragnieniem ściślejszego zjednoczenia z Bogiem.
II.  Pogarda świata wraz z przekonaniem, jak jest czczy, próżny i nigdy niezdolny zadowolić duszy.
III. Lęk przed grzechem, w który wpaść tak łatwo i pragnienie uniknięcia niebezpieczeństw i pokus światowych.
IV.   Gorliwość o dobro dusz. Pewne zrozumienie wartości duszy nieśmiertelnej i pragnienie przyczynienia się każdemu do zbawienia.
V.  Pragnienie zadośćuczynienia za własne grzechy, jak również za grzechy innych i uniknięcia pokus, którym oprzeć się nie mamy dosyć siły.
VI.  Pragnienie zachowania dziewictwa nieskalanym. 
VII.  Pragnienie poświęcenia siebie i opuszczenia wszystkiego dla miłości Chrystusa i cierpienia dla Niego.
VIII. Gotowość przyjęcia każdego stanowiska, choćby najbardziej podrzędnego, każdej pracy, jaką przełożeni wyznaczą i dokądkolwiek poślą.
Życzę, by nad tym domem spełniały się nieustannie słowa Psalmisty Pańskiego: „Błogosławieni, którzy mieszkają w domu Twoim, Panie – na wieki wieków będą Cię chwalić (Ps 83, 5)”.
Chora akt ten nazwała ostatnim aktem swej radości na ziemi. Przypomniała kantyk Symeona: „Teraz puszczasz Panie sługę twego w pokoju, gdyż oczy moje oglądały zbawienie twoje”.
Wreszcie przyszedł dzień 17 września (sobota), dzień Blizn Świętego Franciszka, Patriarchy Zgromadzenia. Przyjechał z Warszawy kapelan z Przytuliska, Ks. Antoni Kwieciński. Chora przyjęła rano Komunię św. Z lic zbruzdowanych czytać można było ból i radość. Ból fizyczny skutkiem nieustającej i z godziny na godzinę wzmagającej się choroby, i radość i wesele w Panu, jakby już z Nim rozmawiała na ziemi twarzą w twarz. Traciła przytomność. Otaczali ją swoi: Siostry i kapłani. Nieodstępną była Siostra Róża – Helena Świątkowska. Modlono się. A sam widok chorej jakby do całego otoczenia mówił: 
„I będziecie mi świadkami w Jeruzalem… a uczynki wasze będą jako pochodnie gorejące w rękach waszych”.
O godzinie 2-giej po południu odwołał Pan tę żniwną przodownicę z pola swego. Zamknęła oczy na rękach S. Róży. I poszła po zapłatę do wieczności „niosąc snopy swoje” – poważne, w ziarno obfite. Ostatnie jej słowa Były: „Różo, umieram, pal świecę”. Skończyła tę doczesną pielgrzymkę w 77-m roku życia. Pewnie tam na progu Królestwa Bożego czekał na nią orszak tych jej córek z ducha i zakonu, które ją do wieczności uprzedziły.
         A tutaj na ziemi, jak stawiała dla córek swoich zakonnych kościoły, jak z radością w nich trzódkę swoją oglądała, prowadziła jak najlepsza matka dziatwę swoją przed Pańskie ołtarze na modlitwę, na ucztę eucharystyczną tak one, tu w Kozienicach, gdzie oczy zamknęła, z poszanowaniem jej zwłoki do swego kościoła św. Józefa na uroczyste nabożeństwo wprowadziły, a następnie do Warszawy przewiozły, gdzie znowuż po uroczystym żałobnym nabożeństwie w ich kościele na Wilczej odprawionym przez Arcybiskupa Warszawskiego, Ks. Kardynała Aleksandra Kakowskiego, na Powązkach pochowały wśród grobów Sióstr swoich (kondukt prowadził biskup polowy Wojsk Polskich i sufragan warszawski Ks. Gall, w otoczeniu licznego duchowieństwa ze stolicy i wielu miast z kraju).
A modlitwy ich miały jedną treść: „Weź ją Panie, bo Twoją była i jest”.
            Życie człowieka, który odebrawszy szczególne posłannictwo od Boga, godnie je dopełnił, warte jest przekazania potomności, generacji młodszej, aby przykład dobry i wzór miała, ideał przed sobą.
         W tej myśli fakty te i akta na prośbę mych córek duchownych – Sióstr Franciszkanek od Cierpiących; a sam świadek życia i śmierci śp. Matki Kazimiery Gruszczyńskiej – zanotowałem.

Ks. Jan Klimkiewicz, dziekan i proboszcz Kozienic, Szambelan tajny Jego Świątobliwości Piusa XI.


[1] In nomie Domini, w: Kronika kaplicy w Kozienicach 1919… 1956. [Wspomnienie Ks. Jana Klimkiewicza, proboszcza parafii św. Krzyża w Kozienicach o Matce Kazimierze Gruszczyńskiej]
[2] Urząd Namiestnika Chrystusowego piastował wówczas Ojciec Święty Pius XI (Achilles Ratti).
[3] S. Konstancja Kulejewska.

Komentarze