M. Deka, K. Piotrowska: Kazimiera od cierpiących

Założycielka. Niewątpliwie była postacią charyzmatyczną. Do grona osób, z którymi była zaprzyjaźniona należał nawet papież Pius XI.

Pewnego dnia usłyszałyśmy od naszego dyrektora, że siostry zakonne modlą się za niego na Powązkach. – Wszystko dobrze, ale dlaczego na warszawskim cmentarzu? – pytałyśmy. No i dlaczego nam o tym mówi? Nawet nie przypuszczałyśmy wtedy, że już niedługo poznamy osobiście te osoby. To siostry ze Zgromadzenia Franciszkanek od Cierpiących, a na warszawskich Powązkach spoczywa ich matka założycielka Kazimiera Gruszczyńska. Siostry modliły się przy jej grobie za dyrektorów naszych diecezjalnych mediów katolickich, aby pomogli im w rozpropagowaniu informacji o matce Kazimierze i o samym zgromadzeniu. 26 kwietnia siostry franciszkanki rozpoczną obchody jubileuszu 130-lecia istnienia.

Jak zapalone lampki

Tym, co uderza u sióstr, jest uśmiech, a z nim otwartość i życzliwość. Nasze pierwsze spotkanie miało miejsce w siedzibie Radia Plus Radom. Siostra Jadwiga Kułak jest mistrzynią nowicjatu. Wraz z nią z Kozienic, gdzie znajduje się dom formacyjny, przyjechały trzy nowicjuszki: Paulina, Joanna i Renata.

Z Kozienicami związana jest cała historia zgromadzenia. Tu 31 grudnia 1848 roku urodziła się Kazimiera Gruszczyńska. Rodzice wychowywali ją w atmosferze miłości, w duchu religijnym, patriotycznym, przyzwyczajając do systematyczności, poczucia obowiązku i pracowitości. Już w wieku 10 lat, gdy pobierała nauki w Instytucie Maryjskim w Puławach, złożyła prywatny ślub czystości, który jedenaście lat później usankcjonowała za zgodą swojego spowiednika. Po trzech latach nauki w Puławach, za udział w patriotycznej manifestacji, została odesłana ze szkoły. Dalszą naukę kontynuowała na pensji żeńskiej w Skierniewicach. Po jej ukończeniu chciała założyć własną pensję, ale nie otrzymała pozwolenia od władz. Przeszkodą była adnotacja o patriotycznej postawie.

Kazimiera pozostała więc w domu i pomagała mamie. Po jej śmierci sama zajęła się dokowymi obowiązkami. Ale w duchu coraz bardziej swoje życie zaczęła wiązać z Bogiem. Nie było to łatwe, bo musiała pokonać trudności, m. in. ze strony kochającego ojca, który po śmierci żony i trójki dzieci nie chciał wyrazić zgody na wstąpienie córki do klasztoru. W końcu jednak życiowej marzenie Kazimiery spełniło się. Po odprawieniu pod kierunkiem o. Honorata Koźmińskiego w Zakroczymiu rekolekcji w 1875 roku zdecydowała się na wstąpienie do tworzącego się ukrytego Zgromadzenia Sióstr Posłanniczek Serca Jezusowego. – Przez całe życie nigdy nie założyła habitu. Tak zamierzył o. Honorat, że nawet po ustaniu prześladowań politycznych miałyśmy pozostać jako siostry ukryte, czyli takie wzorowe chrześcijanki. Osoby, które pokazują środowisku, tym, którzy żyją obok, że jest Bóg i On wartościuje życie. Mamy być jak zapalone lampki, pokazywać drogę do Boga, ale i ogrzać. Dać nadzieję, szczególnie chorym i cierpiącym, do których o. Honorat z naszą współzałożycielką Kazimierą Gruszczyńską nas posłali – wyjaśnia s. Jadwiga.

W 1882 r. o. Honorat zlecił s. Kazimierze kierownictwo warszawskiego zakładu dobroczynnego „Przytulisko” przy ul. Wilczej i utworzenie z jego członkiń nowego zgromadzenia. – To była kobieta wykształcona, inteligentna. Jej ojciec miał korzenie szlacheckie i gdy organizowała „Przytulisko”, tę pierwszą placówkę, kolebkę naszego zgromadzenia, współpracowała z arystokracją. Matka miała umiejętność nawiązywania kontaktów i pozyskiwania dobroczyńców. Była bardzo dobra organizacyjnie – podkreśla s. Jadwiga.

W 1908 roku m. Kazimiera została zwolniona przez o. Honorata z macierzystego zgromadzenia i kierowała utworzoną przez siebie wspólnotą zakonną – Zgromadzeniem Sióstr Franciszkanek od Cierpiących. Funkcję tę pełniła do końca życia.

Gościnne Kozienice

Kozienice, miejsce, gdzie wszystko się zaczęło i nadal tętni życiem. Jesteśmy oczekiwanymi gośćmi. Siostry po okazywanej nam od chwili poznania życzliwości dołączają gościnność i nie pozwalają włączyć dyktafonu, zanim nie podejmą nas smakowitym obiadem z deserem. Ale jeszcze wcześniej, na powitanie, pokazują nam kaplicę, gdzie trwa adoracja Najświętszego Sakramentu. Siostry przez 10 godzin dziennie, na zmianę, adorują Pana Jezusa i wypraszają dla mieszkańców Kozienic, zgromadzenia, dla kraju i świata potrzebne łaski. – Coraz więcej ludzi przynosi do nas na karteczkach swoje intencje. O 15.00 każdego dnia odmawiana jest Koronka do Bożego Miłosierdzia przez siostry nowicjuszki, czytamy też fragment „Dzienniczka” św. s. Faustyny. Ludzie coraz częściej przychodzą na te 15 minut modlitwy i spotkanie z Jezusem Eucharystycznym w naszej kaplicy – mówi s. Jadwiga.

Na dziedzińcu oglądamy figurę św. Józefa. Jak wyjaśnia jedna z sióstr, cała rodzina matki Kazimiery była bardzo oddana temu świętemu, wierząc w jego opiekę. Matka też była jego wielką czcicielką i to duchowe dziedzictwo przekazała swojemu zgromadzeniu. Postument jest ustawiony prawdopodobnie w miejscu panieńskiego pokoju matki, gdyż kiedy stał tam stary dom. Matka odziedziczyła go po śmierci swego ojca i przekazała zgromadzeniu. Siostry z różnych domów przyjeżdżały tu na urlopy. Bywała tu też i sama założycielka. W Kozienicach siostry zaczęły prowadzić działalność społeczną. Zajmowały się pielęgnowaniem chorych, utworzono tzw. ambulatorium św. Józefa, gdzie udzielana była doraźna pomoc. Jedna z sióstr, Konstancja Kulejewska, była lekarzem. Założyła tu pierwsze w Polsce Towarzystwo Trzeźwości i pracowała z alkoholikami.

Dom generalny i nowicjat mieściły się w Warszawie, tam, gdzie tworzone było zgromadzenie – w „Przytulisku”, a matka Gruszczyńska chciała, żeby młode siostry mogły przebywać około dwóch lat w nowicjacie w odosobnieniu i miały zarazem lepsze warunki. W Kozienicach było idealne miejsce, lepsze powietrze i więcej przestrzeni. Rozpoczęła więc budowę domu nowicjackiego. Bardzo chciała jeszcze przed śmiercią zobaczyć jego poświęcenie. Tak też się stało. W sierpniu 1927 roku dom został poświęcony. W tym samym roku, 17 września, w święto Stygmatów św. Franciszka, matka Kazimiera Gruszczyńska zmarła w Kozienicach. Jej ciało przewieziono do Warszawy i złożono na Powązkach na cmentarzu sióstr.

Czekoladka od Papieża

Już w pierwszych dniach po śmierci założycielki siostry prosiły o możliwość posiadania drobnych pamiątek, zdjęć, o namalowanie portretów z jej podobizną. Od początku nawiedzały i otaczały troską jej grób. Pamięć o niej jest wciąż żywa. Od 1997 r. w zgromadzeniu odmawiana jest modlitwa, zatwierdzona przez Kurię Metropolitalną w Warszawie, o uproszenie łask za wstawiennictwem matki Kazimiery.

Zachowane po matce pamiątki siostry przechowują z wielką pieczołowitością. Znajdą one miejsce w sali pamięci w Kozienicach. Oglądamy czarno-białe fotografie. Niewiele ich się zachowało. Na jednym jako dziecko przytula się do swoich rodziców. Na pozostałych widać już dostojną, bardzo poważną niewiastę. Jesteśmy bardzo przejęte, biorąc do ręki srebrny różaniec, którego paciorków dotykały palce założycielki zgromadzenia, koronkę do Siedmiu Boleści Matki Bożej, modlitewnik i zapisaną wykaligrafowanymi literami historię zgromadzenia. Jest i czekoladka. Tak, tak, ten smakołyk, który nigdy nie został rozpieczętowany, trafił do Matki Kazimiery z Rzymu od samego papieża Piusa XI. Ich przyjaźń rozpoczęła się w Polsce. Wtedy jeszcze nie papież, ale nuncjusz apostolski Achille Ratti przez jakiś czas przebywał pod opieką sióstr jako pacjent. – Papież bardzo sobie cenił pomysły matki dotyczące budowy kaplicy i naszych domów. Widział też jej zaangażowanie w służbę chorym. Odznaczył ją nawet orderem „Pro Ecclesiae et Pontifice”. Tak chciał podkreślić jej zasługi dla Kościoła i ludzi cierpiących – mówi s. Jadwiga. Różnych oznak uznania dla matki jest dużo więcej. Podziękowania za siostry, które wysyłała do posługi do różnych placówek i szpitali, pochodzą od rodzin katolickich, protestanckich, prawosławnych. Carat, choć była wcześniej prześladowana, odznaczył ją złotym medalem za miłosierdzie, jakie okazywała żołnierzom w czasie I wojny światowej.

- Nasza założycielka jest wzorem miłosiernej służby chorym i cierpiącym. Swoją troską obejmowała wielorakie wymiary ludzkiego cierpienia, przyczyniając się do tworzenia placówek służących potrzebującemu człowiekowi: szpitali, lecznic, ambulatoriów, przytułków dla dzieci, samotnych matek i bezdomnych., nie tylko na ziemiach polskich, ale także za granicą – mówi s. Lucyna Czermińska, która zajmuje się dokumentacją i zbieraniem materiałów dotyczących m. Kazimiery Gruszczyńskiej. – Opieką obejmowała ludzi chorych w domach prywatnych, bez względu na ich pochodzenie, wyznanie, poglądy – jedyną miarą zaangażowania na rzecz cierpiących była miara ich cierpienia. W każdym cierpiącym upatrywała cierpiącego Chrystusa. Troszczyła się także o podniesienie kwalifikacji pielęgniarek, starając się o utworzenie szkoły pielęgniarskiej. To pragnienie zostało zrealizowane 20 lat po jej śmierci.

W: M. Deka, K. Piotrowska: Kazimiera od cierpiących, w: Gość Niedzielny, 3 kwietnia 2011 r. Ave Gość Radomski, s. IV – V.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza