S. Barbara Wycech: Stokrotny plon - sztuka o Matce Kazimierze


s. Barbara Wycech

STOKROTNY PLON



Sztuka oparta na faktach z życia Kazimiery Gruszczyńskiej, Założycielki Sióstr Franciszkanek od Cierpiących. Akcja zaczyna się w roku 186l, na dwa lata przed powstaniem styczniowym.


Odsłona I

W klasie szkolnej Instytutu zwanego „Maryjskim” w Puławach, znajdują się dwie uczennice Paulinka i Kazia Gruszczyńska, przyszła Matka i Założycielka Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek od Cierpiących Dziewczęta rozmawiają o Henryce Pustowójtównie, przyszłym adiutancie Mariana Langiewicza, dowódcy jednego z oddziałów powstańczych z roku 1863.

Instytut „Maryjski” został założony z polecenia cara Aleksandra II-go, w celu wynarodowienia polskich dziewcząt oraz zmuszenia katoliczek do przejścia na prawosławie.


Paulina

- Pamiętasz Henrykę Pustowójtównę, Kaziu?


Kazia

- Pamiętam bardzo dobrze. Ja wtedy zostałam przyjęta na pierwszy rok nauki w naszym Instytucie, a ona już była na ostatnim.


Paulina

- A pamiętasz jak nam pokazała tę buntowniczą pieśń, napisaną z okazji koronacji cara Aleksandra II-go? To było chyba tak:

„Zgasły dla nas nadziei promienie

Już jutrzenka nie świeci nam blada”.


Kazia kończy razem z Pauliną

„Lecz my jako upiorów gromada

We krwi wrogów ugaśmy pragnienie...


Kazia

- A na te słowa: „Ciche szczęcie, spokojność, kochanie

Już serc naszych niezdolne ukoić…”, weszła nagle przełożona Grothen. Wszystkie zamarłyśmy z przerażenia, ale ona słysząc tylko ostatnie słowa pieśni, pochwaliła nas,
że śpiewamy sobie ładna kołysankę o szczęściu, spokoju, kochaniu…


Zuzia, Helenka i Esterka (wbiegają)

- Co wy tu o kochaniu gadacie! A w Warszawie na Placu Zamkowym Kozacy zabili
i poranili wiele osób...!





Kazia i Paulinka

- Dlaczego?!


Helenka

- Jak to dlaczego? Przecież jesteśmy w niewoli i żandarmom nie podobały się nasze modlitwy do Boga!


Esterka

- Młodzież studencka zebrała się pod figurą Matki Bożej na Krakowskim Przedmieściu śpiewając „Boże coś Polskę...”.


Helenka

- Zaraz tłum ludzi się przy nich zgromadził, i wszyscy śpiewali wraz z nimi.


Zuzia

- A przejeżdżający tamtędy pocztylion zagrał na trąbce: „Jeszcze Polska nie zginęła...”.


Helenka

- Wtedy ludzi ogarnął entuzjazm, zaczęli iść w stronę Placu Zamkowego,
płacząc, śpiewając i modląc się...


Esterka

- A z bramy zamkowej wypadł oficer w otoczeniu bębniących doboszy...


Zuzia

- Gdy bębny umilkły, oficer przemówił: „Wzywam was, z mocy prawa, abyście się rozeszli, bo inaczej rozpędzę was siłą”.


Helenka

- Ale ludzie odpowiedzieli oficerowi śmiechem.


Zuzia

- Wtedy z Zamku wypadła konna żandarmeria, która zaczęła szablami płazować zgromadzonych. A potem oddział wojska pod komendą jenerała Chrulewa zaczął strzelać do ludzi...


Helenka

- Szeregi młodych, jak kwiaty podcięte kosą, padały skrwawione na bruk.


Zuzia

- Wielu odkrywało swe piersi, krzycząc do wojska stojącego o kilkanaście kroków: „strzelajcie, mordujcie bezbronnych”.




Esterka (płacząc)

- I wojsko strzelało.


Kazia

- Boże, Boże! Musimy pomodlić się za tych zabitych… Boże, Boże…!


Zuzia

- Tak, tak, zaraz urządzimy nabożeństwo...


Paulinka

- A co będzie jeśli zobaczy nas przełożona?


Esterka

- To niech zobaczy. Musimy się modlić za zabitych i zamanifestować jedność
z nimi.


Helenka

- Tym bardziej, że w Żytomierzu, gdzie mieszka Henryka Pustowójtówna, ludzie postawili krzyż na pamiątkę poległych w Warszawie i tam się wszyscy za nich modlą.


Kazia

- Więc i my stańmy pod krzyżem, aby się modlić.


Esterka

- Ale jak się modlić, gdy pod tym krzyżem wisi ta wstrętna rosyjska mapa!


Helenka

- Nie chcemy mapy w języku rosyjskim! Jesteśmy wolnym narodem!


Zuzia

- Mamy prawo uczyć się po polsku!


Kazia

- Tak! A więc zerwijmy ja!


Wszystkie

- Zerwijmy!


Zuzia

- Dobrze. Zwińmy ją w rulon, i wrzucimy do Wisły. Niech płynie do Warszawy jako symbol naszej solidarności z całym Narodem Polskim!


Esterka

- Dajcie ją. My z Helenką wrzucimy ją do wody!


Paulinka

- Idźcie, a my tu uprzątniemy trochę.


Helenka i Esterka
(wracają)

- Popłynęła rosyjska mapa z prądem!


Kazia

- To dobrze. Stańmy teraz pod krzyżem i módlmy się do Boga, aby zlitował sie nad nami.


Wszystkie (śpiewają)

- Boże coś Polskę...


Przełożona (wchodzi)

- Co to wszystko znaczy?! Proszę w tej chwili przestać! Jesteście w instytucie Najjaśniejszej Carowej, a nie w katolickim kościele! Czy i tu mam wezwać żandarmów?!


Dziewczęta milczą.


Przełożona

- Popełniłyście przestępstwo, ale gotowa jestem wam je wybaczyć, jeżeli okażecie skuchę
i przyznacie się do winy. Które to z was zerwały mapę ze ściany? Nie podobała się wam,
że jest w języku rosyjskim? Dlatego wrzuciłyście ją do wody?! Ja widziałam jak biegłyście do Wisły. Które to z was zrobiły? Żądam odpowiedzi! Kto was do tego namówił?! Kto jest prowodyrem! Gruszczyńska, wstań! Ty nie umiesz kłamać. Powiedz, które to zrobiły? Nie chcesz mówić. To może umówimy się tak: Które są niewinne i nie brały w tym udziału, a są gotowe wszystko powiedzieć, niech przejdą na tę stronę. Żadna z was się nie rusza? Więc wszystkie jesteście winne?! Zapytam więc po kolei. Gruszczyńska, brałaś w tym udział?


Kazia

- Tak.


Przełożona pyta każdą po kolei,

Wszystkie odpowiadają
 -Tak.


Przełożona

- Ach tak!! Więc wszystkie jesteście wydalone ze szkoły! A szkołę zamkniemy. Wy buntownice! Pakować się i do domu! Nie ma dla takich jak wy nauki z łaski Najjaśniejszego Pana! (wychodzi)


Paulina

- I co teraz będzie?!


Helenka

- Ano stało się. Nie ma dla nas nauki z łaski cara.


Zuzia

- I my jej wcale nie chcemy. Tej jego łaski!


Kazia

- Masz rację. My jesteśmy wolnym narodem i nigdy nie pogodzimy się z niewolą Ojczyzny!


Esterka

- A teraz jeszcze zaś zaśpiewajmy naszą pieśń, żeby przełożona nie myślała żeśmy się ulękły.

Śpiewają na melodię: „Z dymem pożarów”

O Panie, Panie, w naszej krainie

Całego ludu wznosi się głos

I pieśń błagalna do Ciebie płynie

O szczęście Polski, jej byt i los

Ojcze wysłuchaj jęku, boleści

Błagamy, karę w swą łaskę zmień.

Niech grom Twój wrogom naszym obwieści

Że zmartwychwstania nadszedł nam dzień.



Odsłona II

Rok 1870. Droga z cmentarza w Kozienicach


Kobieta 1

- Może odpoczniemy trochę. Daleko iść z tego cmentarza.


Kobieta 2  

- Dobrze, usiądźmy. Tyle czasu trzeba było stać na tym pogrzebie.


Kobieta 1

- Bo ksiądz mówił i mówił. Wychwalał tę Gruszczyńską. Już mu słów brakowało.


Kobieta 3 (podchodzi)

- Witajcie, moje Panie. Dawno was nie widziałam. Wracacie z pogrzebu Józefy Gruszczyńskiej?


Kobieta 1

- Tak. I trochę się zmęczyłyśmy. Siadaj z nami. Pogadamy.


Kobieta 3 (siadając)

- Biedna ta najstarsza córka, Kazia. Taka bledziutka stała przy grobie matki.


Kobieta 2

- No cóż, widać Bóg każe ich za jakieś ukryte grzechy.


Kobieta 3

- Co też pani, mówi, ukryte grzechy! Przecież to najprzyzwoitsza rodzina
w Kozienicach.


Kobieta 1

- No ??  Ojciec, jako sędzia rzeczywiście bardzo jest szanowany...


Kobieta 3

- A cóż można zarzucić matce? Była pobożna, pracowita, sumienna. Dobra gospodyni i żona.


Kobieta 1

- O zmarłych źle nie będziemy mówiły, bo nie wypada. Ale co racja, to racja. Nie każdego Bóg każe śmiercią tylu dzieci. Coś tu musiało być nie tak.


Kobieta 2

- Bo i ta Kazia. Ta niby pobożna, ale coś w tej pobożności nienormalnego. Całymi godzinami przesiaduje w kościele.


Kobieta 1

- Nigdy to na zabawę nie pójdzie. Wstaje o 5-tej i leci pod kościół, aż go otworzą.


Kobieta 2

- Uważa się chyba za świętą, bo codziennie do Komunii św. przystępuje. Ale matka z niej pewnie żadnej wyręki nie miała.


Kobieta 3

- To nieprawda! Ja znam ją bliżej. Jaka to dobra córka dla matki i ojca! Posłuszna, pracowita, opiekunka chorych...


Kobieta 2

- Rzeczywiście lata po jakichś tam dziurach i niby pomaga biednym. Pewnie choroby tylko znosiła do domu.


Kobieta 1

- Może i z tego matka umarła i ten mały braciszek, Klaudiusz…


Kobieta 2

- Biedne dziecko. Tylko 4 latka żyło....



Kobieta 1

- A Izydorek też umarł malutki. Tylko Wiktoryna była trochę starsza, bo miała 15 lat, jak odeszła z tego świata.


Kobieta 2

- Tak, tak. Kara Boża. Ja to się cieszę, że moje dzieci i do tańca i do różańca. Nie przesadzają w pobożności jak ta Kazia Gruszczyńska.


Kobieta 3

- Źle mówicie, moje drogie. Aż przykro was słuchać. Jak można tak mówić
o porządnych ludziach, których spotkało nieszczęście!


Kobieta l

- Przecież nam żal, tej Józefy. Może więcej niż jej rodzonej córki, bo ta nawet nie rozpaczała przy grobie matki.


Kobieta 2

- Mąż też stał jak słup. Ani jednej łzy. Ja to bym odzienie na sobie rwała z rozpaczy, a oni jakby nigdy nic.


Kobieta 3

- Co wy tam wiecie. Czasem ludzie dla oka ludzkiego wyją z bólu, a zaraz potem bawią się
i nie pamiętają żeby Mszę św. za zmarłych zamówić.


Kobieta 2

- No, o to, to już Kazia się zatroszczy. Taka przecie pobożna.


Kobieta 3

- Czemu mówicie z taką zgryźliwością? Cóż wam zawiniła?


Kobieta 1

- Bo to trudno patrzeć, żeby młoda dziewczyna żyła w mieście jak mniszka. Niech sobie idzie do klasztoru, albo niech żyje jak inni.


Kobieta 2

- Bo i pewnie. Kto patrzy na nią to innymi dziewczynami gardzi. Że rozwydrzone.


Kobieta 3

- A więc to o to chodzi? Wstyd innym, że nie są takie jak Kazia!


Kobieta 1

- Wcale nie wstyd. Tylko złość człowieka bierze, jak to chodzi po mieście, pobożne do nieprzytomności!


Kobieta 2

- Prawdziwa dewotka!


Kobieta 3

- Przestańcie. Zamiast stawiać Kazię za przykład innej młodzieży, to wy ją obmawiacie!


Kobieta 1 i 2

- My ją obmawiamy! A cóż my złego o niej mówimy? Tylko prawdę!


Kobieta 3

- Wasza prawda, to karykatura. Dziewczyna kocha Boga, żyje według Jego praw. Dobra
i uczynna. Do tego wesoła i pełna energii. Wykształcona. Skończyła prywatną pensję
w Skierniewicach, z bardzo dobrym wynikiem.


Kobieta 2

- Ale z Puławskiego Instytutu ją wyrzucili.


Kobieta 1

- Cały Instytut zamknęli z jej powodu!


Kobieta 3

- Kobiety bójcie się Boga! Przecież zamknęli Instytut dlatego, że dziewczęta czuły się Polkami i jako Polki reagowały na bezprawie.


Kobieta 1

- Ja tam nie wiem. Więcej o tym nie mówmy. W każdym razie Instytut zamknięto z powodu zachowanie się uczennic. A Kazimiera była prowodyrem.


Kobieta 3

- To bardzo pięknie o niej świadczy.


Kobieta 2

- Czego ty jej tak bronisz?!


Kobieta 3

- Po takich jak wy, co ją krytykują i jej zazdroszczą jest mało w naszym mieście. Jeśli Kazimiera otworzy szkołę w Kozienicach, to ja, i wiele innych, co znają jej uczciwość
i mądrość, powierzymy jej swoje córki.


Kobieta 2

- Ona chce założyć Pensję w Kozienicach?



Kobieta 3

- Tak. Przecież ma do tego uprawnienia. I bardzo jej tego życzę. Poprowadzi tę pensję dobrze i złego nikogo nie nauczy. A teraz pozwólcie, że pójdę szybciej, bo już późno. Do zobaczenia.


Kobieta 1 i 2

- Do zobaczenia.


Kobieta 2

- Czy to prawda, że Kazimiera chce założy pensję w Kozienicach, jak mylisz?


Kobieta 1

- Myślę, że to prawda. A niech założy. Może i ja swoje dziewczęta do niej poślę. Pogadać można, ale przyznać trzeba, że na wychowawczynię to się ona nadaje.


Kobieta 2

- A niedoczekanie. Nie założy pensji. Już moja w tym głowa. Po co dwie szkoły w mieście, będzie niepotrzebna konkurencja!


Kobieta 1

- Przecie nie ma jeszcze żadnej?


Kobieta 2

- Ale moja siostrzenica chce taką szkolę otworzyć. I otworzy, już ja się tym zajmę.




Odsłona III

Gabinet kuratora szkolnego (rosjanina)


Kurator (woła przez drzwi)

- Nataszeńka, a jest tam jeszcze kto do mnie?


Głos kobiecy za drzwiami

- Jest tylko jedna dziewoczka do pana kuratora!


Kurator (wzdycha zrezygnowany)

- No, to wołaj ją tutaj. Niechże wejdzie, a potem przyniesiesz mi arbatu.


Głos zza sceny

- Zarazutko wstawiam samowar, panie kuratorze.


do kogoś za sceną:

- Panienka może wejść. Pan kurator prosi.


Kazimiera (wchodzi energicznie)

- Dzień dobry panu.


Kurator

- A zdrastwujcie, zdrastwujcie. Proszę siadać. Z czym to do mnie?


Kazimiera

- Skończyłam szkołę w Skierniewicach, która daje mi uprawnienia do założenia własnej pensji dla dziewcząt. Oto świadectwo.


Kurator /ogląda świadectwo!

- A piękne świadectwo, piękne... Zdolna panienka... Ale czemu ty, dziewoczka chcesz założyć pensję? Maszże ty dziengi?


Kazimiera

- Ojciec mi na początek pomoże. Uczennice będą płaciły. Dam sobie radę.

Kurator

- A to ładnie, ładnie... A czegóż ty będziesz uczyła, a…?


Kazimiera

- Oczywiście tego, czego się uczy w takiej szkole. Religia, języki obce, rachunki, śpiew, roboty ręczne, nauka gotowania...


Kurator

- A języka rosyjskiego uczyć będziesz?


Kazimiera

- Bez rosyjskiego, niestety się nie da....


Kurator

Nie da się? Bo ty by chciała, żeby go nie było, a…?


Kazimiera (zaciska usta)


Kurator

- No, no, nie chmurz się. Ja tylko tak sobie pytam. A ty lepiej byś sobie znalazła bogatego narzeczonego, zamiast kłopotać się o pensję. To nie takie łatwe.


Kazimiera

- Wiem. Ale ja nie boję się trudności.



Kurator

- Nie boisz się trudności? Takaś dzielna? Ale to nie łatwo wychowywać. Dadzą ci się we znaki, te dziewczyny. Na randki będą się umawiać, uczyć się nie zechcą. Płacić nie będą regularnie. Po co ci ten kłopot?


Kazimiera

- Dlaczego Pan Kurator chce mnie zniechęcić do założenia pensji? Ja nie proszę przecież
o wsparcie, tylko o potrzebne pozwolenie, bo bez niego nic nam nie wolno.


Kurator

- Nic wam nie wolno...? A ty ze mną tak nie rozmawiaj, bo mogę ci tego pozwolenia nie dać, jak mnie zdenerwujesz.


Kazimiera (milczy)


Kurator

- Zamilkłaś? To dobrze. Bo ja nie chcę ci być nieżyczliwy. Ja ci dobrze radzę, zrezygnuj z tej pensji. Szkoda ciebie. Poczułem do ciebie życzliwość. Ty może dobra dziewczyna, ale ty... No co? Zrezygnujesz?


Kazimiera

- Nie. Od dziecka marzę o pensji. Uczyłam się cały czas z myślą, że będę wychowywała młode Polki.


Kurator

- Młode Polki? Oj, ty głupia, głupia...Chciałem ci oszczędzić przykrości, a ty sama pchasz się. Co ty robiła w Instytucie Puławskim Najjaśniejszego Cara?

Kazimiera
(dumnie)

- Uczyłam się.


Kurator

- Uczyła ty się i nic więcej? Oj, dziewczyna ty, dziewczyna, głupia dziewczyna. Po co ci było w szkole popierać buntowszczyków z Warszawy, a?


Kazimiera (milczy).


Kurator  

- Milczysz? No ja wiem, wiem, ty Kazimiera Gruszczyńska. I twoje świadectwo, choć takie celujące, nie nadaje się do założenia pensji.


Kazimiera

- Nie nadaje się do założenia pensji? Przecież mam potrzebne wiadomości!



Kurator

- Wiadomości! CÓŻ znaczą wiadomości...? Wiadomości to nic. Twoja działalność w szkole przeciw carowi, to jest twoje świadectwo!


Kazimiera

- Moja działalność przeciw carowi...?


Kurator

- No cóż, jesteś buntownica. I ty chcesz, by ci car pozwolił uczyć młode Polki? By się też kiedyś zbuntowały?


Kazimiera

- Proszę mnie nie pouczać. Ja przyszłam po zezwolenie na otwarcie szkoły. I to świadectwo daje mi do tego uprawnienia.


Kurator

- Masz tu te swoje świadectwo. I trzymaj dobrze, bo to piękne świadectwo, ale zezwolenia na otwarcie szkoły wydać ci nie mogę.


Kazimiera  

- Więc pójdę do innego miasta, tam mi je dadzą.


Kurator

- Ty się nie złość. Ale ty nigdzie pozwolenia nie dostaniesz... Car dał taki ukaz...


Kazimiera

- A więc to wilczy bilet?! A więc taka to sprawiedliwość! We własnym kraju, mając odpowiednie kwalifikacje, nie mogę założyć szkoły! Wilczy bilet! Kto rządzi w moim kraju?! Więc to świadectwo nie jest mi potrzebne! Niech sobie pan to świadectwo zabierze! (drze świadectwo) To taka wasza sprawiedliwość! Ach, mam tego dość!!! (Rzuca podarte świadectwo na biurko kuratora wywracając przy tym kałamarz z atramentem. Wybiega trzaskając drzwiami).


Kurator

- A to ci dopiero dzielna dziewka! Strach jak z takim narodem walczyć. Nie boją się, a z krzywdą się nie pogodzą. Ale nie mogłem jej wydać zezwolenia, bo był na nią donos. Szkoda, bo dzielna dziewka! Tylko mi nieporządku narobiła. Trzeba by zawołać żandarma, niech ją ukażą. (ziewa). Ale mi się nie chce. Nataszeńka, a masz już arbatu?! Dawaj tu!!




Odsłona IV

U Sióstr Posłanniczek. W Zgromadzeniu zakonnym bezhabitowym, założonym przez Honorata Koźmińskiego. Siedzą przy pracy dwie Antonina i Felicja.


Antonina

- Czy ta młoda dziewczyna, Kazia Gruszczyńska, bardzo była zdziwiona dlaczego nie mogła drugi raz u nas zanocować.


Felicja

- Właściwie to nie bardzo. To mądra dziewczyna. O nic się nie pytała, tylko zaraz podarła swoje notatki z rekolekcji i poszła pod wskazany adres. Domyśliła się, że to z obawy przed policją carską, która śledzi Ojca Honorata.


Antonina

- Czy ona się domyśla, że my jesteśmy zgromadzeniem zakonnym, które Ojciec Honorat zakłada?


Felicja

- Jestem przekonana, że nic nie wie. Ojciec Honorat jej nie powiedział, a sama by na taką myśl na pewno nie wpadła.


Felicja

- Właściwie, to szkoda. Przydałaby się u nas. I Pani Chudzyńskiej ogromnie się podobała.


Antonina

- Patrz, idzie tutaj razem z Panią Chudzyńską.


Felicja  

- Jak sobie przyjaźnie rozmawiają. Rzeczywiście idą tutaj.


Chudzyńska (wchodzi z Kazią)

- Tę ostatnią noc możesz, Kaziu jeszcze z nami przebyć. A rano pewnie zachcesz wracać do domu?


Kazia

- Jeśli Pani pozwoli, to ja pragnęłabym tutaj zostać.


Chudzyńska

- Zostać z nami? Jeszcze nie skończyłaś rekolekcji?


Kazia

- Skończyłam. I chciałabym, jeśli tak wolno, zostać tu z paniami. Modlić się
z wami i pomagać ludziom. Wprawdzie chciałam służyć chorym, ale...


Chudzyńska

- Przecież chciałaś iść do zakonu?


Kazia

- Tak. Ale postanowiłam już nie szukać zakonu, bo musiałabym opuścić Polskę. Jeśli Pani pozwoli, zastanę tutaj.


Chudzyńska
(serdecznie)

- Ogromnie cię polubiłam, Kaziu, i bardzo się u nas przydasz. (do Antoniny
i Felicji)
Może zostać z nami, prawda, moje kochane?


Antonina i Felicja

- Bardzo, bardzo się z tego cieszymy!


Kazia

- Ja też się ogromnie cieszę. Jakby jakiś wieki ciężar spadł mi z serca. Chyba
Ojciec Honorat pochwali mój zamiar. Prosiłam Go, by mi wskazał drogę, ale on nie chce, jak mówi, zastępować Ducha św. Kazał mi modlić się o światło. Modliłam się więc przez cały czas rekolekcji o pomoc Ducha św., a dzisiaj chodziłam od ołtarza do ołtarza jak nieprzytomna i błagałam Boga wskazówkę. Trudno, nie będę zakonnicą, ale będę służyła ludziom, modląc się tutaj razem z paniami.


Chudzyńska (z uśmiechem)

- Bóg cię nie opuści i przyjmie twoją ofiarę. A kto wie, może jeszcze będziesz zakonnicą? Jutro powiesz o swoim postanowieniu Ojcu Honoratowi, a on ci wolę Bożą na pewno oznajmi. To Bóg cię tutaj przyprowadził. Idź do swego pokoju i śpij spokojnie.


Kazia

- O tak, tak. Jest we mnie teraz ogromny spokój. Dziękuję Pani za przyjęcie. Dobranoc.


Chudzyńska

- Idź z Bogiem, moje dziecko. Dobranoc.


Siostry

- Dobranoc.




Odsłona V

Dom, w którym znajduje się jedno z bezhabitowych zgromadzeń zakonnych założonych przez O. Honorata. Na scenie Kazia. Wchodzą Agata, Maryla, Zosia.


Agata

- Co robisz Kaziu?


Kazia

- Powtarzam wiadomości o ślubach zakonnych, bo o godz. 14-tej będziemy miały lekcję
z siostrą Mistrzynią.


Agata

- Tak wiem, ale teraz jest czas na rekreację, więc pozwól, że ci trochę przeszkodzimy.


Kazia

- Ależ oczywiście. Wcale się nie gniewam. Właściwie to już wszystko powtórzyłam.


Zosia

- Kaziu, byłaś podobno w Nowym Mieście u spowiedzi u Ojca Honorata. Byłaś? Powiedz jak on teraz wygląda?


Kazia

- Nie wiem jak wygląda. Nawet go nie widziałam. Przecież policja carska nie pozwala mu nawet Mszy św. odprawiać publicznie.


Maria

- Ale ty byłaś spowiedzi u niego.


Kazia

- Byłam, ale wiecie, że on spowiada w specjalnie zbudowanym konfesjonale,
w zupełnych ciemnościach. Zamknięty jakby w ogromnej dusznej szafie. Każdy ze spowiadających się wejść musi także do takiej niższej szafki obok, aby żaden szpicel carski nie mógł podsłuchać o czym mówi Ojciec Honorat. Tam jest zupełnie ciemno i nic nie widać.


Agata

- Jakiegoż hartu musi być człowiek, który w takich warunkach spowiada całymi godzinami.


Kazia

- Ale po co ty mnie o wygląd Ojca Honorata pytasz, Zosiu. Przecież ty sama też zostałaś skierowana przez Ojca, ty wiesz, jak to jest.


Zosia

- Tak. To Ojciec Honorat mnie tu skierował, tak jak i nas wszystkie. Tylko jak mnie spowiadał nie było jeszcze tego konfesjonału.

Kazia

- Pewnie dopiero teraz go zbudowano. Specjalnie, bo carska policja dowiedziała się, że
Ojciec Honorat zakłada zgromadzenia zakonne, a tego przecież car boi się jak ognia.


Agata

- Z pewnością dlatego Ojciec kazał ten nowy konfesjonał wybudować. Jakże oni, ci żandarmi, troszczą się i o to, by w naszej ojczyźnie nie było zakonów.


Zosia

- Car myśli, że gdy zniszczy zakony, zniszczy u nas wiarę katolicką, a wtedy Polacy przestaną myśleć o wolności i poddadzą się Rosji.


Kazia

- I nie będzie już więcej powstań jak w roku 1863.


Zosia

- Bo nam Polakom wystarczy wtedy prawosławna cerkiew, zależna od rządu oraz wódka.


Agata

- Tak. I nie będzie już wtedy bohaterów oddających krew za wiarę i Ojczyznę.


Zosia

- Ale to mu się nie uda.


Kazia

- No jasne, przecież już teraz, zakonów bezhabitowych jest tak wiele, a sióstr w nich kilkanaście tysięcy.


Maria

- Skąd wiesz?


Kazia

- Siostra Mistrzyni mówiła, że Ojciec Honorat wszystkie dziedziny życia polskiego objął działaniem naszych zakonów. Każdy jest inny i ma inne zadanie do spełnienia oraz inną nazwę.


Zosia

- Ja też wiem o tym. Wiem, że Ojciec Honorat założył zakony, których członkinie są nauczycielkami na wsi i w mieście, inne zajmują się pielęgnowaniem chorych, opiekują się opuszczonymi dziećmi i starcami. Są także takie, które mają za zadanie dbać o szaty kościelne; takie, które organizują pomoc dla robotników, pracując i zakładając kasy zapomogowe; takie, które zrzeszają panny służące i takie, które modlą się za dusze czyśćcowe.



Agata

- Tak wiem, wiem. Jest i takie zgromadzenie, którego celem jest otwieranie tanich jadłodajni, bez wódki. Wiem, że ilość chodzących do karczmy w niektórych miejscowościach tak się zmniejszyła, że aż skargi pisano do naczelnika, że te jadłodajnie Ojca Honorata karczmarzom odbierają zyski.


Zosia

- Są także podobno zakony męskie założone przez Ojca Honorata.


Maria

- Rzeczywiście, teraz sobie przypominam, że mój daleki kuzyn wstąpił do takiego zgromadzenia. Mówiła mi o tym mama, jak była u mnie ostatnio w odwiedzinach.


Kazia

- Tak, wiem, że są takie dwa. Oni także chodzą bez habitów.


Agata

- Jakże mogliby chodzić w habitach, kiedy car zabronił przyjmowania kandydatów
do zakonów i zakładania nowych.


Kazia

- Ale może nie wiecie, że Ojciec Honorat założył także 3 zakony habitowe: Felicjanki, Kapucynki i Serafitki.


Agata

- Jaki mądry jest Ojciec Honorat i jak mu Bóg błogosławi… Tyle zakonów założył. Ale ja jestem szczęśliwa u nas i najbardziej mi nasz cel odpowiada.


Zosia

 - Bo On wie gdzie poszczególną osobę skierować, znając jej zamiłowania. Nigdy nie zapomnę jak to było ze mną.


Kazia

- Opowiedz nam o tym, jeszcze mamy parę minut rekreacji.


Zosia

- Dobrze. Wiecie, że mój tata jest muzykantem, gra na weselach. Ja ogromnie lubię tańczyć, więc zabierał mnie często ze sobą. Kiedyś na takim weselu tańczyłam do upadłego. Ciągle ktoś mnie do tańca prosił. I nagle przy oberku, w tym szalonym tempie, przyszła mi myśl, że to wszystko nie ma sensu, to kręcenie się w kółko, co mi to da. Tylko Bóg jest najważniejszy. Chcę coś robić dla Niego i dla ludzi. Chcę być pożyteczną. Chcę zostać zakonnicą. Potem jeszcze oczywiście tańczyłam, ale ta myśl już mnie nie opuszczała. Kiedyś, ciotka moja opowiedziała mi, że była u spowiedzi u Ojca Honorata. Bardzo go chwaliła jako spowiednika. Postanowiłam więc zasięgnąć u niego rady. Wiedziałam, że do zakonu w zaborze rosyjskim mnie nigdzie nie przyjmą, bo jest zakaz carski przyjmowania młodych do zakonów. Zakony mają umrzeć śmiercią naturalną, według wyroku cara. Chcąc wstąpić do zakonu, musiałabym wyjechać z kraju, co byłoby dla mnie bardzo bolesną decyzją, której nie miałam siły podjąć.


Agata

- Tak i my wszystkie czułyśmy, bo chciałyśmy pracować dla Ojczyzny, a nie z niej wyjeżdżać. Ale przepraszam, przerwałam ci…


Zosia

- Nic nie szkodzi. A więc pojechałam do Ojca Honorata. Było bardzo dużo osób do spowiedzi. Ojciec każdemu poświęcał dużo czasu, ale wreszcie dostałam się do konfesjonału. Powiedziałam Mu, że chcę służyć Bogu, ale nie mogę się zdecydować, czy wstąpić do Sióstr Szarytek, czy też wyjechać z kraju. Ojciec Honorat ciągle mi opowiadał, nawet dość ostro,
że on za mnie nie może decydować. Kazał mi się modlić do Boga i Matki Najświętszej
o światło. Odeszłam od konfesjonału i modliłam się gorąco, płakałam i błagałam Pana
o pomoc. Ale nie otrzymałam odpowiedzi i wracałam do Ojca Honorata bezradna. Nie miałam gdzie zanocować, bo nie znałam nikogo w tym mieście. Kiedy pan kościelny zaczął zamykać kościół, Ojciec Honorat wyszedł z konfesjonału, a ja cała drżąca i zrozpaczona podeszłam do niego raz jeszcze. Wtedy dał mi adres pań w mieście, z poleceniem abym tam poprosiła o nocleg, a rano zgłosiła się znowu do konfesjonału. Poszłam więc pod wskazany adres. Panie przyjęły mnie serdecznie. Modliłam się razem z nimi i tak mi się tam podobało, że postanowiłam nie szukać żadnego zakonu, ale zostać z nimi, modlić się razem
i pracować. Rano powiedziałam o swojej decyzji Ojcu Honoratowi, który uśmiechnął się radośnie i rzekł: Widzisz to jest znak Boży, o który tak się modliłaś, bo to jest Zgromadzenie zakonne. Tu możesz w ukryciu, jak Maryja w Nazarecie, służyć Bogu, ludziom i Ojczyźnie.


Kazia

- Ze mną było podobnie. To rzeczywiście przedziwne. Chcieć wstąpić do zakonu, a potem zostać u jakichś pań, bo się ładnie modlą.


Agata

- Tak Bóg wszystkim pokierował, jakie to cudowne. A ja też doznałam łask wielu.


Zosia przerywa

- O, już czas na lekcję! Zaraz przyjdzie Siostra Mistrzyni. Kiedy indziej nam opowiesz
o swojej drodze do zakonu.


Kazia

- Weźmy zeszyty i ołówki. Pewnie trzeba będzie coś notować. (siadają przy stole)


S. Mistrzyni wchodzi

Siostry

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.


- S. Mistrzyni

- Na wieki. Siadajcie, moje kochane. Przeczytam wam dzisiaj list okólny od Ojca Honorata. Posłuchajcie uważnie: (czyta)

„Czcigodne i umiłowane w Panu Siostry i Panie moje.

Wy pierwsze usłyszałyście to słowo Ojca Świętego, że „habit nie stanowi zakonnicy”, które odmianę wielką w dziejach zakonu stanowi. Przez długie wieki bowiem utrzymywało się
w Kościele, że bez habitu zakon być nie może. I gdy przy pierwszym staraniu
o potwierdzenie, dano mi znać ze Świętej Kongregacji, że jeżeli się zgodzę na to, aby zgromadzenia przybrały habity, gdy będzie odpowiednia swoboda, to będą potwierdzone,
ja nie mogłem na to się zdobyć, bo wiedziałem, że Pan Bóg czego innego chce od was. I oto doczekaliśmy się, że Papież tę przeszkodę usunął, boć ta przeszkoda nie pochodziła z natury życia zakonnego, ale tylko z woli Kościoła, którą też Ojciec Św. miał prawo zmienić
i zgromadzenia ukryte porównać we wszystkim z jawnymi. Nie ma wątpliwości, że Bóg
go natchnął tą myślą.


(dzwonek)

S. Mistrzyni

- Agatko, idź otworzyć, zobacz kto dzwoni (Agata wychodzi)


S. Mistrzyni

- Schowajcie zeszyty, siostry. Weźcie się za szycie, bo nie wiemy, kto to może być.


Agata (wchodzi wzburzona)

- Proszę Siostry Mistrzyni, przyszła Natasza. Policja szuka, gdzie jest zakon
Ojca Honorata i wysłała do nas żandarma na rewizję. Natasza mówi, że zaraz tu będą.


S. Mistrzyni

- Boże drogi! Musimy schować nasze konstytucje, książki o życiu zakonnym
i o ślubach. Prędzej, siostry, chowajcie zeszyty do tego kufra. Ja przyniosę ze swego pokoju wszystkie inne dokumenty, a kufer wyniesiemy do sąsiadów. (chowają w pośpiechu)


S. Mistrzyni (wraca)

- Która z was ma może jakiś list od Ojca Honorata niech tu zaraz przyniesie. Co by to było gdyby znaleźli jakiś list Ojca. Boże!


Maria

- Wywieźliby go na Sybir, proszę Siostry Mistrzyni.


S. Mistrzyni

- Z pewnością. Już tyle razy go przesłuchiwali w cyrkule i grozili, że jeśli odkryją, iż on zakłada zakony i młodych do nowicjatów przyjmuje, to go na Syberię wywiozą.


Agata

- Boże, ja mam list Ojca Honorata. Zaraz go przyniosę.


Inne

- Ja też, ja też… O Boże, Boże…

(chowają do kufra i próbują go wynieść przez drzwi. Słychać walenie kolbami)


S. Mistrzyni

 - Już za późno. Już przyszli, bo tak walą.


Żandarmi  (za sceną)
- Otwierać!!


S. Mistrzyni

- Boże, ratuj! Co my teraz zrobimy…? (z nagłym postanowieniem). Postawcie go tam, gdzie stał. Przykryjcie kapą. Siadajcie. Weźcie igły i materiał. Niech każda szyje. Tylko spokojnie. Módlcie się do Bożej Matki. Ona nas uratuje. Agatko, idź otwórz im drzwi, bo je wyważą… Tylko spokojnie.


Policmajster (z ironią)

- O, ile tu panieneczek. Ho, ho! Ładne panieneczki. (gwałtownie) Mniszki wy, co?! Mówcie prawdę! My to już dobrze wiemy, że wy mniszki. Ten kapucyn stary przeciwstawia się wielkiemu carowi i myśli, że on tu będzie rządził i wbrew zakazowi zakony zakładał. Nie będzie zakonów, już my się o to postaramy! Tu car rządzi, a stary pójdzie na Sybir! Was też na Sybir wyślemy jak się nie przyznacie. Ty, najstarsza, gadaj! Mniszki wy, co?


S. Mistrzyni

- Widzi Pan, że one uczą się u mnie szyć.


Policmajster

- Uczą się szyć? Ty krawcowa może? Ty poślubiłaś Chrystusa, co? No, przyznaj się. My wszystko i tak wiemy.


S. Mistrzyni

- Jak panowie wiecie, to po co pytacie? Nie mam męża. A co to mus mi za mąż wychodzić? Zostać w panieństwie car mi nie zabrania.


Policmajster (przedrzeźnia)

- Nie zabrania, nie zabrania. Ale ty za ładna dziewoja żebyś została
w staropanieństwie. (z ironią) A z tych? To także wszystkie niezamężne, co?


S. Mistrzyni

- Są jeszcze za młode, by za mąż wychodzić. Jeszcze zdążą, gdy będą chciały.



Policmajster

- Ty mi nie zamydlaj oczu! My wiemy, że wy mniszki. Zaufany człowiek nam o tym powiedział. Nu, co milczycie! Przyznajcie się. Jak się po dobremu przyznacie i powiecie, że ten proklatyj kapucyn Koźmiński was do tego namówił, to nic się wam nie stanie. A jak która jeszcze list od niego pokaże, to już ja się postaram, żeby nagrodę otrzymała. Ja nie jestem zły człowiek. Ja wam nie chcę uczynić krzywdy. Ja wam pomogę dobrze żyć. Pozwolę pracownię krawiecką założyć, tylko jeden, jedyny liścik od tego Koźmińskiego pokażcie. Takie ładne krasawice, szkoda was do tiurmy. Uf…, ale się zmęczyłem. Wy pomyślcie, a ja sobie trochę odpocznę. (zdejmuje szynel i siada na kufrze, gdzie schowane dokumenty, po chwili zwraca się do Kazi) Nu, ty śliczna, oczki masz jak moja córunia Daria. Ty powiedz. Namawiał cię ten kapucyn Koźmiński, byś ty była mniszką, namawiał?


Kazia

- Nie namawiał.


Policmajster (do Agaty)

- A ciebie ślicznotko? Szkoda ciebie na mniszkę. Ty by wyszła za muż, za wielkiego urzędnika, ja by ci nawet swojego syna swatał. Nu, powiedzże szczerze, namawiał cię proklatyj mnich, abyś została mniszką?


Agata

- Nie namawiał.


Policmajster

- A głupie Poliaczki! To wy na Sybir wolicie? Chcecie, bym sam znalazł dowody, że was na mniszki namawiał? To znajdę, bo wiem, że tu ukrywacie nawet listy do Rzymu. Do waszego papieża. (krzyczy) Nie wolno wam do papieża pisać! Panem waszym car! Tylko car! I on was w Cytadeli zamknie, w lochu. Razem z tym waszym buntowszczykiem Koźmińskim. Wtedy ugniecie karki dumnyje Polaki. Jedna jest wiara, prawosławna i jeden wasz władca i pan – Wielki Car Wszechrosji!! (zwraca się do policjantów) nu riebiata, szukajcie, szukajcie gdzie one skryły swoje mnisze papiery. Antonow, ty idźże do tamtej izby, a wy tu przewracajcie wszystko. Zobaczymy czyje będzie na wierzchu (rewidują, policmajster siedzi na kufrze, dziewczęta szyją i cichutko śpiewają pieśń do Matki Bożej)


Policmajster

- Co wy tam mruczycie pod nosem? Śmiejecie się ze mnie, co?


S. Mistrzyni

- Śpiewamy pieśń do Bogarodzicy. Pan Policmajster też pewnie modli się przed ikoną?


Policmajster

- A modlę się, modlę. Bezbożny to ja nie jestem. I car przecież się przed ikoną żegna. Ja łaskawy na pieśń. Ja łaskawy. (śmieje się) Będzie nam przyjemno szukać. Co riebiata? (żandarmi śmieją się, potakują. Dziewczęta śpiewają głośno pieśń. Żandarmi szukają, co chwila jakąś książkę przynoszą czy kartkę policmajstrowi. On czyta i macha ręką, że to nie to. Przerzucili wszystko, nic nie znalazłszy, wracają także z innego pokoju, też z niczym. Policmajster wstaje i zakłada szynel) Nu, chyba prawdę mówiłaś, że ty krawcowa tylko. Przecież nie zjadłyby wy tych papierów (wolno). Ale może te papiery są… (podchodzi bliżej dziewcząt, pieśń z przerażeniem się urywa) Co wy się tak przestraszyły? Wszystkie wstać! Może wy ukrywacie te papiery pod krzesłami? No, wstawać! (wszystkie wstają. Żandarmi oglądają ławy i krzesła)


Żandarmi

- Nic nie ma, Policmajster.


Policmajster

- Wygrały wy, nu… wygrały… Nic my nie znaleźli. Głupi ten, co tak o was powiedział. Nu, riebiata, idziemy. A wy pamiętajcie, żeby się której nie chciało tego Koźmińskiego posłuchać i zakon założyć. Car zabronił. Car tu pan! Zapamiętajcie! (wychodzą)


(chwila milczenia)


Maria (wygląda przez okno)

- Boże drogi, już poszli!


S. Mistrzyni

- To cud, siostry, to cud. Już nie możemy mieć żadnej wątpliwości, że Bóg nas powołał do takiego życia.


Maria

- Matko Najświętsza. Nigdy, nigdy już nie będę chciała innego życia. Wierzę już bez żadnej wątpliwości, że Bóg oprócz habitowego życia zakonnego, powołał także i nas, bo Jemu nie
o szatę zewnętrzną chodzi, ale o prawdziwe życie według ślubów.


Agata

- Miał rację Ojciec Honorat, że nam zawsze tłumaczył, żebyśmy nigdy takim życiem nie wzgardziły, nawet gdy będziemy mogły nosić habity (mówią na przemian) Tak, żebyśmy mogły być bliżej ludzi i nie onieśmielały ich dostojeństwem habitu.


Kazia

- Królowa Jadwiga też zdejmowała królewskie szaty, chcąc niepoznana iść do biednych. Aby jej nikt czci nie oddawał, by łatwiej mogła wszędzie dotrzeć i pomóc nieszczęśliwym.


Agata

- O Boże, dzięki Ci za cud dzisiejszy i za cud powołania, i za Ojca Honorata.



Wszystkie

- O Boże dziękujemy Ci, dziękujemy Ci

(klękają i modlą się chwilę w ciszy)


Śpiew

Matko ma, Zakonie mój,

Dla cię życie me, dla cię mych prac znój.

Matko ma, Zakonie mój,

Jam na wieki twa, tyś na wieki mój.


Żaden dzień nie mija przecie

By opieka słodka twa

Ominęła słabe dziecię

Mnie, o Matko, Matko ma.


Ty mnie karmisz ręką swoją

Ty wyrywasz z życia burz

Ty ratujesz duszę moją

Tyś mój święty Anioł Stróż.



Odsłona VI

Warszawa, ul. Wilcza 7, tzw. „Przytulisko” dla bezdomnych. Zalążek Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek od Cierpiących, rok 1908.


s. Helena Władzińska (I prof. 1892 r., + 1928 r.)

- Znowu Matkę Kazimierę zabrała pani Józefa Chudzyńska! A ja miałam tyle spraw do omówienia!


s. Stefania Żabicka (I prof. 1906 r., + 1946 r.)

 - To jest okropne! Matka Kazimiera jest założycielką naszego Zgromadzenia,
a jednocześnie członkinią Sióstr Posłanniczek. To jest nie do wytrzymania. Taka przyszywana Matka!


s. Waleria Muszalska (I prof. 1885 r., + 1924 r.)

- Mówisz tak, jakbyś miała o to pretensję do Matki Kazimiery!


s. Stefania

- Wiem, że to nie jej wina. Jest najlepszą i najczulszą Matką dla nas. Podziwiam ją, jak może wytrzymać w takiej sytuacji. Ojciec Honorat Koźmiński zlecił jej zajmowanie się nami, a ona chce być heroiczną w zachowaniu ślubu posłuszeństwa, który złożyła w Zgromadzeniu Pani Chudzyńskiej.



Helena

- Jak ona musi cierpieć, ta nasza ukochana Matka! Wie, że my jej tu potrzebujemy, a nie może nam oddać całego swego czasu. Do tego pani Chudzyńska tak ją kocha i potrzebuje, że wciąż ja zabiera do siebie.


Stefania

- A jeszcze ten Zarząd Przytuliska koso na Matkę Kazimierę patrzy. Oni nie wiedzą, że Matka zakłada tu zgromadzenie zakonne do opieki nad chorymi i ciągle ją kontrolują
i podejrzewają, denerwując się, jakim prawem ona nami się tutaj zajmuje.


Waleria

- Gdyby się dowiedzieli, lub choćby domyślali, jakie jest zadanie naszej Matki, zaraz by wszystko zlikwidowali z obawy przed carską policją.


Helena

- Z pewnością. Dlatego Matka musi tak działać, by nikt o tym nawet nie pomyślał.


Waleria

- Jest jakby między młotem, a kowadłem. Tu śluby zakonne w Zgromadzeniu Posłanniczek, tam carska policja, a tu jeszcze Zarząd Przytuliska, przeciwny Zgromadzeniu i kontrolujący wszystko.


Helena

- Z każdego grosza każą się Matce wyliczać, a przecież ona musi mieć chociaż trochę pieniędzy do własnej dyspozycji!


Waleria

- My chodzimy po kweście, ale pieniądze liczy Zarząd. Matka nie ma nawet kluczyka do żadnej z puszek.


Helena

- Radca Siemieński, w tajemnicy przed Zarządem, pozwolił Matce na małą, dodatkową puszeczkę na wyposażenie kaplicy i o mało Matki nie uznano za oszustkę, gdy Zarząd to odkrył. Dobrze, że Radca Siemiński wszystko wyjaśnił, ale biedna Matka, aż po nocy do niego chodziła, prosząc, aby ją obronił.


Stefania

- Słuchajcie. Może dobrze by było dostać się do Ojca Honorata i przedstawić mu te nasze sprawy. Niech chociaż wpłynie na to, by Matkę Pani Chudzyńska zwolniła ze ślubów i oddała wreszcie nam? Taka sytuacja już dłużej jest nie do wytrzymania.



Helena

- Wiesz…  to dobry pomysł. Nic Matce nie powiemy, bo ona się na tę interwencję nigdy nie zgodzi. Pojedziemy do Ojca Honorata i tak długo będziemy go przekonywały, aż wpłynie na
Panią Chudzyńską. Bo przecie tak dalej być nie może. Matka cierpi i my cierpimy.


Waleria

- Nie, moje drogie. Zrobiłybyśmy tym Matce wielką przykrość. Lepiej módlmy się do Boga, by sam to wszystko rozwiązał.


Helena

- Ja się ciągle o to modlę.


Stefania

- I ja także.


Waleria

- Więc widzicie… Jeszcze trochę cierpliwości, a Bóg nas wysłucha.


s. Bronisława Papińska (I prof. 1886 r., + 1929 r. ,wbiega)

- Gdzie jest Matka Kazimiera?


- Helena

Nie ma. Poszła z Panią Chudzyńską.


Bronisława

- Boże mój, Boże! A siostrę Franusię Miklaszewską (1 prof. 1885 r., + 1916 r.) policja zamknęła w cyrkule!


Siostry (razem)

- Chryste Panie! Dlaczego?


Bronisława

- Poszła na kwestę, jak zwykle. Ale pomyliłyśmy nasze upoważnienia. Ona wzięła moje, a ja jej. I ktoś ją zaczął sprawdzać, a zobaczywszy, że ma upoważnienie na inne nazwisko, zaprowadził na policję jako oszustkę.


Waleria

- Biedna Franusia! Co teraz będzie?


Bronisława

- Może poszłabym na komisariat i pokazała właściwe upoważnienie?


Stefania

- Lepiej nie. Poczekajmy na Matkę.

Waleria

- Biedna nasza kochana Franusia


M. Kazimiera (wchodzi)

- Stało się coś złego, że takie jesteście zmartwione?


Siostry (tulą się do Matki)

- Jak dobrze, że Matka do nas przyszła!


M. Kazimiera

- Co się stało, moje kochane. Przerażacie mnie.


Bronisława

Siostrę Franusię zabrano do cyrkułu, bo wzięła przez pomyłkę moje upoważnienie.


M. Kazimiera

- Dobry Boże! Idę zaraz na policję!


s. Franusia Miklaszewska (wchodzi)

- Nie potrzeba, proszę Mateczki. Nic mi się nie stało. Jużem wróciła.


M. Kazimiera (obejmuje ją)

- Jest, jest, nasza kochana Franusia! Co z Tobą?


Waleria

- Już chyba nigdy nie zechcesz iść na kwestę!


Franusia

- E…, nic mi się nie stało. Siedziałam całą noc ze złodziejkami i modliłam się
z nimi. Mam tam teraz przyjaciół. A raniutko, strażnik, z polecenia komisarza, wypuścił mnie.


Siostry

- Co za radość! Dzielna jesteś Franusiu!


M. Kazimiera

- Jest jeszcze jedna radość, którą nas Bóg obdarzył. Pani Chudzyńska zwolniła mnie ze ślubów w Zgromadzeniu Posłanniczek. Będę mogła złożyć śluby w naszym Zgromadzeniu Sióstr Cierpiących. Odtąd będę nie – przyszywaną, ale wyłącznie waszą Matką, z Woli Boga Najwyższego.  




Odsłona VII

Przytu1isko, dom opieki dla bezdomnych


Waleria

- Nie wiesz, Stefciu, kiedy Nowicjuszki wracają z Kozienic do nas do Warszawy? Bo już chyba skończono odnawianie ich piętra?


Stefania

- One już wczoraj wróciły! Zajrzałam tam dziś rano. Są w dużej sypialni
i rozpakowują kufry. Wszystkie dokumenty rozłożone na wierzchu, jeszcze nie zdążyły wszystkiego ułożyć i pochować.


M. Kazimiera (wchodzi prowadząc chłopca w łachmanach)

- Patrzcie kochane moje. Spotkałam tego chłopca. Trzęsie się cały z zimna.


Stefania

- Biedne dziecko! Jak się nazywasz, powiedz...


M. Kazimiera

- Ma na imię Staś. Weź go Stefciu do refektarza i nakarm. Pewnie głodny bardzo.


Waleria

- Głodny jesteś Stasiu?


Chłopiec (kiwa głową)


Stefania

- Nie bój się. Nic ci złego nie zrobimy. Umyjemy cię tylko i wyczeszemy główkę. Pewnie bardzo cię swędzi?


Chłopiec (milczy, głowa spuszczona)


M. Kazimiera

- Daj mu spokój, Stefciu. Najpierw trzeba, aby coś zjadł. Tylko niech rączki umyje. Idź, Stasiu ze Stefcią. Ona ci nie zrobi krzywdy. Co macie do jedzenia?


Waleria

- Siostra Katarzyna (Farblewska) użebrała trochę skórek od chleba i rozgotowała w wodzie. Chyba nic innego nie ma...


M. Kazimiera

- Dajcie mu to co mamy. Trudno. Stefcia niech się zajmie chłopcem, a ty Walerciu, poproś Bronię i idźcie do tego noclegowiska, gdzie sypia ten chłopiec. On opowiada straszne rzeczy o tym pomieszczeniu. Idźcie tam i zorientujcie się, czy nie można by tam coś pomóc.


Stefania (wychodzi z chłopcem)


M. Kazimiera

- Walerciu, zostań chwile. Dlaczego wczoraj, w czasie godziny milczenia, między 14-tą a 15-tą, rozmawiałaś z Janinką? Czy to było konieczne?


Waleria

- Przepraszam, proszę Mateczki. To nie było konieczne. Rozmawiałyśmy o głupstwach. Tak jakoś... (klęka) proszę o pokutę...


M. Kazimiera

- Zmów jedno Zdrowaś Maryjo w intencji tego biednego chłopca. I pamiętaj, że ta godzina jest święta, bo Pan Jezus w tej godzinie konał na krzyżu. Lepiej w tym czasie rozmawiać
z naszym Panem niż z ludźmi. Chyba, że to bliźniemu potrzebne. W ten sposób uczymy się także opanowania języka i pokonujemy przeszkody w dążeniu do doskonałości. A teraz idź
w pokoju i niech cię Bóg błogosławi.

(Matka Kazimiera błogosławi s. Walerię, która wychodzi)


s. Helena (wbiega)

- Proszę Matki, przyszedł komisarz policji i przyprowadził jakąś Komisję Lekarską na kontrolę. Żądają przyjścia kierowniczki Zakładu.


M. Kazimiera

- Powiedziałaś im, że teraz jest tu remont, wszędzie robotnicy?


Helena

- Oni nie słuchają. Ktoś doniósł im, że tu tworzy się zgromadzenie zakonne
i Matka jest jego założycielką. Chcą zobaczyć wszystkie pomieszczenia i ludzi co tu mieszkają.


M. Kazimiera (z niepokojem)

- Gdzie są Nowicjuszki?


Helena

- Wszystkie są w swojej sypialni, tej od schodów!


M. Kazimiera

- Broń nas Panienko święta! Helenko, idź do nich i powiedz, żeby nigdzie nie wychodziły. Niech się modlą, aby tam żandarmi nie weszli.


Helena

- Gdyby weszli…! Boże! Znaleźliby to, czego szukają. Młode dziewczęta i ustawy zakonne! (wychodzą śpiesznie)


Stefania (wchodzi z Walerią)

- Mały nakarmiony, umyty i teraz śpi. A ty, co załatwiłaś?


Waleria

- Zaraz ci opowiem, tylko zmówmy naszą cogodzinną modlitwę, bo słyszę, że bije zegar. (modlą się razem):

Niech będzie błogosławiona godzina, w której Pan nasz

Jezus Chrystus wcielić się, narodzić i umrzeć dla nas raczył,

o Panie Jezu Chryste w godzinę śmierci naszej zmiłuj się nad nami.


Waleria

- A więc byłyśmy z Bronią w tym noclegowisku. Jakie tam są straszne warunki! Ludzie śpią na brudnej, zgniłej podłodze. Kobiety, mężczyźni i dzieci razem. Wszyscy nędzarze z całej Warszawy. Brudni, zawszeni. Smród tam i straszliwy hałas. Kłócą się, wymyślają sobie, klną. Wielu pijanych, biją się. Coś okropnego! I to się nazywa „Cieplarnia”!


Stefania

- Trzeba o tym powiedzieć Matce Kazimierze. Żeby ludzie w takich strasznych warunkach żyć musieli!


Waleria

- Rząd carski nie martwi się o zdrowie Polaków. Brak szpitali, brak domów opieki, a nasze Przytulisko za małe dla wszystkich...


Stefania

- Matka dwoi się i troi, ale nie da rady wszystkiemu zaradzić. Co zbudujemy to wszystko mało wobec potrzeb…


Waleria

- Brak pieniędzy, brak sióstr, do tego prześladowania. Wiesz, że jakaś Komisja Lekarska,
z ramienia policji, przeszukuje cały dom?!


Stefania

- Przeszukują dom? Boże, co będzie z Nowicjatem?!!


M. Kazimiera (wchodzi)

Siostry moje! Doznałyśmy wielkiego cudu Opatrzności! Ta Komisja Lekarska,
o której mówicie, zaglądała do każdego pomieszczenia. Pytali o kaplicę, figury Serca Jezusa
i Bożej Matki. Pytali podstępnie, ile panienek mogę tu pomieścić. A potem… straszna chwila… są przy schodach prowadzących do Nowicjatu, gdzie by znaleźli wszystko, co pragnęli znaleźć. Ale widzą na onych schodach robotników kujących i monterów, więc pomyśleli, że ta część domu jest niezajęta i wrócili omijając te schody. Następnie znaleźli salę ubogich, przytulonych, a panienek, za którymi śledzili, nie spotkali.

Siostry Józefa i Klara (wbiegają)

- Proszę Matki. U nas w Królikarni była dzisiaj rewizja!


M. Kazimiera i inne siostry

- Rewizja?!


s. Józefa Żychlińska (I prof. 1896 r., + 1942 r.)

- Tak. Przyszli, otoczyli strażą cały Zakład. Siostry Starszej nie było w domu. Więc zamknęłyśmy jej pokój na klucz, aby tam nie rewidowali i tłumaczyłyśmy im, że otworzyć nie możemy, bo przełożonej nie ma. Weszli więc do kościółka, a tam kilka osób przystraja ołtarze. Podejrzewając, że to ze Zgromadzenia, za czym śledzili, zaczęli się dopytywać, ile tu jest tych panienek. Zrozumiałyśmy ich myśli, więc wołamy one panienki, a tu – jedna kulawa, druga o szczudle, inna z raną na twarzy, bo to wszystko przytulone kaleki. Spojrzeli
z niezadowoleniem, a widząc, że się zawiedli, wyszli, nic się nie dowiedziawszy.


s. Klara Cyrankowska (I prof. 1895 r.,+ 1944 r.)

- Byli także w zakładzie dla sierot przy ul. Litewskiej i wszędzie pytali o Matkę, bo im ktoś doniósł, że Gruszczyńska jest przełożoną zakonu.


Waleria

- U nas, w Przytu1isku, też by1i dzisiaj z policji!


Józefa i Klara

- Jezu Chryste! Znaleźli Nowicjat!


M. Kazimiera

- Nic nie znaleźli. Widać nie czas mi jeszcze na Sybir.


Siostry (tuląc się do Matki)
- Mateczko... Mateczko... Niech Cię Bóg strzeże!


M. Kazimiera (z uśmiechem)

- Oj strzeże, strzeże… i to dobrze. Ci z tej Komisji Lekarskiej, nawet mnie dziś o nazwisko nie zapytali. Szukali, śledzili, dopytywali się wszędzie o mnie, a najpierw mieli mnie w ręku
i nie zorientowali się – czyż to nie cudowna opieka Boża?




Odsłona VIII

Rok 1909 Warszawa, w Przytulisku pokój Matki Kazimiery


s. Janina Pogorzelska (I prof. 1909 r., +1965 r., wchodzi wolno, zmęczona)

- Czy Matka mnie wzywała?  


M. Kazimiera
(z robótką w ręku)

- Tak, moje dziecko. Prosiłam, abyś przyszła. Siadaj. Ale dlaczego jesteś taka blada i oczy podkrążone? Co ci jest? Może jesteś chora?


Janina  

- Nie jestem chora, ale okropnie zmęczona. Dzisiejsza noc przy chorym była bardzo ciężka.
A po nocy nie mam się gdzie położyć.


M. Kazimiera  

- Biedna moja Janeczka.... Wiesz, co zrobimy… połóż się spać w moim pokoju.
U mnie jest cicho, na pewno wypoczniesz.  Napiszemy kartkę, że dyżurna śpi,
a Matka jest w pracowni.


Janina

- Przepraszam, proszę Mateczki. Jakże ja mogę zająć Matki pokój?


M. Kazimiera
(z uśmiechem)

- Możesz, możesz. Korona z głowy ci nie spadnie… No idź już, idź i śpij dobrze.


Janina

- Ale ja…


M. Kazimiera (żartobliwie)

- Żadne, ale… to jest polecenie Matki. Gdzież twoje posłuszeństwo?


Janina

- Już będę posłuszna, już idę i… Bóg zapłać...


M. Kazimiera

- A pamiętaj – śpij dobrze. To też moje polecenie.


Janina (wychodzi)


M. Kazimier (sama)

- Miałam jej zwrócić uwagę, że się wczoraj zachowała niestosownie, ale czy mogłam coś przykrego powiedzieć takiej umęczonej...? Ty Boże, wiesz, że najtrudniej jest upominać. Ale tym razem chyba dobrze zrobiłam nic jej mówiąc...? (pukanie)


M. Kazimiera

- Proszę... (wchodzi grupka sióstr w dawnym stroju pielęgniarskim, są uśmiechnięte, radosne)


Siostra

- Proszę Matki. My dzisiaj pierwszy raz idziemy do chorych i przyszłyśmy prosić
o błogosławieństwo i pouczenie, jakie mamy być.


M. Kazimiera

- Bardzo się cieszę, moje kochane. Usiądźcie na chwilę.

(Siostry siadają)


Matka Kazimiera

- Pamiętajcie, zawsze macie zachować tego ducha ofiary i radości z posługi chorym, jakiego macie teraz. Zawsze radośnie idźcie do chorego, choćby wzywano was w nocy lub dopiero po zaśnięciu.   Idąc do chorego, polecajcie jego samego i całe otoczenie Bogu. Zjednujcie sobie chorych nie słowami i naukami, ale swoim poświęceniem. Choćby chory był najprzykrzejszy, nie okazujcie mu goryczy, nie róbcie mu wymówek, a trudności ofiarujcie za niego Bogu.
Traktujcie na równi bogatych i ubogich, wierzących i niewierzących, katolików
i innowierców. Każdego traktujcie serdecznie. Gdy stan chorego jest ciężki, trwajcie przy nim, szczególnie w nocy, bo noc najwięcej przydaje cierpień. Zachowajcie dyskrecję co do choroby i innych okoliczności życia chorego, i oprócz siostry do tego upoważnionej, nikomu nic mówić nie wolno. Będziecie pamiętały o tym?


Siostry

- Tak, tak. Będziemy się starały wszystkie słowa Matki zachowywać i strzec.


M. Kazimiera

- Bardzo się z was Jezus cieszy, gdy widzi, że jesteście takie pełne dobrej woli
i poświęcenia. To On was wzywa do Siebie, to On cierpi w chorym i potrzebuje waszej pomocy. Proszę, uklęknijcie teraz (kreśli każdej na czole krzyżyk, mówiąc): Niech cię Bóg błogosławi.


Siostry (wstają)

- Bóg zapłać, Matce, za wszystko...


M. Kazimiera

- A jak wrócicie z dyżuru, to przyjdźcie jeszcze raz do mnie, aby opowiedzieć mi, co robiłyście u chorych. Będę na was czekała.


Siostry (radośnie)

- Przyjdziemy, przyjdziemy na pewno! (wychodzą)



M. Kazimiera

- Daj Boże, aby nigdy nie straciły swego entuzjazmu i do końca pozostały ofiarne (pukanie) Proszę…


s. Marta

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.


M. Kazimiera

- Na wieki. Martusia z Królikarni? Siadaj, siadaj kochanie. Rada cię widzę!


Marta (siada)

- Proszę Matki, mnie wysłała siostra przełożona, bo…, bo…


M. Kazimiera (z niepokojem)

Coś się stało w waszym domu?


Marta

- Nic złego w domu, tylko ja... ja... (płacze)


M. Kazimiera

-No, no. Mała beksa.... Mówże wreszcie wyraźnie. Siostra Przełożona wysłała cię może po pokutę do mnie...?


Marta

- Tak...


M. Kazimiera

- A co ty tam spsociłaś? Jakaś szkoda materialna?


Marta

- Tak.


M. Kazimiera

- Nie becz, moja miła. Stało się. Może coś zbiłaś cennego...?


Marta

- Nie. Tylko ja... (płacze)


M. Kazimiera (łagodnie)
- Czego się tak boisz, przecie mówię, stało się. Rzecz materialna jest do odrobienia, gorzej
z grzechem. Mów śmiało, przecież cię nie zjem…



Marta
(pociąga nosem, chlipie)

- Bo ja, proszę Matki, spotkałam człowieka, który chciał mi sprzedać zegarek. Bo mówił, że ma żonę chorą i potrzeba mu pieniędzy, dlatego bardzo tanio go sprzedaje. Taki ładny był ten zegarek...


M. Kazimiera

- Podobał ci się i kupiłaś go?


Marta

- Kupiłam. Ale okazało się, że ten zegarek nie jest złoty, tylko blaszany. A ja dałam za niego dużo pieniędzy i do tego zakładowe i… (płacze) i... trzeba je zwrócić... ooooooo…


M. Kazimiera (skrywając śmiech)

- Masz tu pieniądze, zanieś je Siostrze Starszej i już nie rozpaczaj.

(żartobliwie) Więcej już nie będziesz miała ochoty na zegarek złoty, prawda?


Marta (uradowana)

- Bardzo, bardzo Matuchnie dziękuję za wyrozumiałość..., Boże, jak ja się cieszę!


M. Kazimiera

- Idź z Bogiem, Martuniu, a za pokutę pomódl się za tego oszusta.


Marta

- Dobrze, dobrze...! O Boże, jak się cieszę! (wybiega nieledwie w podskokach, w drzwiach zderza się z s. Franciszką) przepraszam.


s. Franciszka Czejdo (I  prof. 1887 r., + 1925 r.)

- Czy nie przeszkadzam, proszę Matki?


M. Kazimiera

- Wejdź, wejdź śmiało, Franiu. Wiesz, że zawsze jestem do waszej dyspozycji. Siadaj tu przy mnie.


Franciszka

- Tak się cieszę, proszę Mateczki! Ten chory, taki uczony, o którym Matce już opowiadałam, poprosił mnie dzisiaj o spowiedź!


M. Kazimiera

- Co za wielka łaska Boża! Co mu się stało, przecież wyrzucał za drzwi księży, jednego po drugim?




Franciszka

- Dzisiaj, proszę Matki, był dla mnie szczególnie przykry. Ale się nie odzywałam
i starałam się robić dobrze to, co do mnie należało. Aż on mówi nagle: „Co to jest? Ja pani wymyślam, a pani zawsze pogodna, niech mi Pani powie, czym mam się odwdzięczyć?”. Wtedy ja mu powiedziałam o spowiedzi i dał się przekonać.


M. Kazimiera

- To wieka, wielka radość. Coraz więcej mamy nawróceń wśród chorych! To nic, że czasem musimy pocierpieć, bo nieraz niewierząca rodzina usiłuje się mścić.


Franciszka

- Tym razem chyba nic złego nie będzie...


M. Kazimiera

- Ja się tego specjalnie nie lękam, bo najważniejsza jest dusza chorego. Ale lepiej, gdy nikt
z rodziny nie ma o to pretensji, jak o tę nawróconą córkę rabina, czy tę prawosławną Rosjankę…


s. Anna Andruszkiewicz (I prof. 1893 r., + 1946 r.,  wbiega zdyszana)

- Proszę Matki, proszę Matki.  Przyjechały nasze siostry z Rzymu!


M. Kazimiera (głęboko poruszona)

- Przyjechały?! A co przywiozły, co załatwiły?


s. Anna

- Nie wiem. Nic nie chcą mówić, ale już tu są. (otwiera szeroko drzwi, woła) Niech siostry idą prędzej. Matka już czeka!


Siostry (wchodzą)

- Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus!



M. Kazimiera (wyciąga ramiona)

- Na wieki. Witajcie, witajcie, moje kochane! (wita siostry, które całują ją w rękę).Czy dobre wieści przynosicie? Czy byłyście u Ojca Świętego?


Siostry  

- Och, proszę Matki! Tyle mamy do opowiadania!


M. Kazimiera

- Gdy odpoczniecie, zbierzemy wszystkie siostry i wtedy będziecie opowiadały dokładnie.
A teraz tylko krótko: Czy przyjął was Ojciec Święty?


Jedna z sióstr

- Tak, proszę Matki. Ojciec święty Pius X rozmawiał z nami i uśmiechając się, liczył sobie na pa1cach dowody łask, którymi Bóg obdarzał nasze Zgromadzenie. I powiedział: „Bądźcie spokojne, pomówię z Kardynałem Prefektem i będę chciał, aby wszystko w waszych Konstytucjach zostało bez zmiany!”. I dotrzymał słowa. Otrzymałyśmy Dekret pochwalny Kościoła i zatwierdzenie Konstytucji, tak jak zostały napisane, z nadaniem Zgromadzeniu tytułu: Siostry Franciszkanki od Cierpiących”, zamiast pierwotnego „Siostry Cierpiących”.


M. Kazimiera

- A więc będziemy mogły dalej pielęgnować chorych w domach prywatnych, nie tylko
w szpitalach?


Siostra druga

- Tak. Święta Kongregacja i na to się zgodziła, dzięki interwencji Ojca świętego.


M. Kazimiera (radośnie)

- Dzięki Ci, Boże, za tę wielką łaskę! A więc jesteśmy już ofica1nie, na mocy najwyższej władzy Kościoła, zaliczone w poczet Zgromadzeń zakonnych! (z powagą)

Siostro Anno. Zadzwoń, aby wszystkie siostry zgromadziły się w kaplicy.

Zaśpiewamy Panu dziękczynne „Te Deum laudamus.”

(Kurtyna spada, za sceną śpiew Te Deum po łacinie, Śpiew gregoriański lub w/g Jutrzni Józefa Furmanika.)

Komentarze